Ondraszki na szlaku Greeway Jizera

Rechtór

6-14.07.2019 r.

 

Ondraszki na szlaku Greeway Jizera

 

Zainspirowany zebranymi informacjami podczas ubiegłorocznego pobytu w Czeskim Raju przez który przepływa malownicza rzeka Izera zaproponowałem organizację wędrownego obozu rowerowego wyznaczonym szlakiem Greenway Jizera nr "17" od źródła do ujścia. Na tą nietypową rowerową przygodę wybrało się 12 "Jizeraków": Czorno i Unisono, Druhna i Długi, Afi i Rechtór, Apanaczi, Gwarek, Roztrzapek, Szprycha i Rewor oraz Halinka.

Dlaczego nietypową? Otóż w zamierzchłych czasach ondraszkowej historii przejazd liniową trasą wraz z całym dobytkiem był standardem, a obecnie zakłada się raczej pobyt w stałej bazie i wycieczki w formie dookolnych pętli. Noclegi jednak zarezerwowaliśmy wcześniej, więc nie musieliśmy taszczyć sprzętu biwakowego. Uczestnicy nie byli też biernymi konsumentami wyprawy, lecz kreatywnie w niej uczestniczyli, bowiem każdy otrzymał odcinek trasy do krajoznawczego opracowania. W ten sposób każdy dzień wyprawy miał swojego lidera.

W sobotni poranek 6.07. zapakowaliśmy się wraz z rowerami do Jędrusiowego busa i ruszyliśmy za Zachód. Dłuższy postój nastąpił w Kamieńcu Ząbkowickim, aby zwiedzić pałac Izabeli Orańskiej niedawno otwarty po wieloletniej rekonstrukcji. Ogromna budowla przypominająca średniowieczny zamek przetrwała wojenne zawieruchy. Do jej zniszczenia i rozszabrowania doprowadzili dopiero "wyzwoliciele ze wschodu". I dopiero gdy gmina weszła w jego posiadanie zaangażowała się w odbudowę. Zrobiono naprawdę dużo, lecz do dawnej świetności też jest daleko, bowiem np. wg przewodnika po wyzwoleniu na wschód wyjechało aż 17 wagonów pełnych zamkowego wyposażenia i teraz pewnie zdobią jakieś rosyjskie muzea.

Wieczorem dojechaliśmy do Harrachowa, gdzie mieliśmy zapewnione dwa noclegi. Rozlokowanie się na trzech kondygnacjach prywatnej wilii - pensjonatu przebiegło sprawnie, więc mogliśmy się oddać ulubionym zajęciom. Mam tu na myśli czteroosobową "grupę karcianą", która na trasie gdzie tylko się dało, rżnęła w brydża.

7.07 Dzień Apanaczi

Naszym celem na dziś był dojazd do źródła. Zaczęło się horrorystycznie, bowiem rano zjeżdżając do sklepu stwierdziłem nagle, że nie mam hamulców! Rozpędzony, dosłownie w ostatniej chwili przed wjazdem na drogę główną skręciłem w bok, i zdołałem wyhamować. Co za ulga! Po małym remoncie, za radą gospodarza pojechaliśmy z powrotem na polską stronę na Polanę Jakuszycką, skąd już górskimi trasami dojechaliśmy do schroniska Orle. Dalej droga wiodła wzdłuż granicy, którą stanowi meandrująca niewielka rzeczka. Finalnie dotarliśmy do rozległej, niegdyś zamieszkałej polany. Po mieszkańcach przymusem wysiedlonych pozostały kamienne podmurówki domów oraz ... szkoła. Obecnie jest to schronisko górskie "Chatka Górzystów". Nasza Izera wypływa z okolicznych młak i bagienek pod szczytem Smyrk 1124 mnpm, oraz pod Wysoką Kopą (1126mnpm), a więc jesteśmy prawie u celu. Teren jest łatwo dostępny, stąd wielu turystów na trasie. Jest też sporo rowerzystów, choć droga nadaje się bardziej do MTB, niż naszych bombowców. Nie obyło się jednak bez wywrotki. Na szczęście nie było poważniejszego urazu, choć Apanaczi pamiątki w formie sporych sińców nosiła do końca wyprawy. Następnie przejechaliśmy na czeską stronę, do dawnej, nadal zamieszkałej osady szklarskiej Jizerka. Tutejszy potok o tej samej nazwie jest pierwszym dopływem naszej rzeki. Zwiedziliśmy ciekawe muzeum etnograficzne, a także nie mniej interesującą restaurację. Po raz pierwszy napotkaliśmy też tabliczkę naszego szlaku Greenway Jizera i odtąd ścieżka rowerowa nr 17 będzie nam towarzyszyć aż do Pragi. Jako, że byliśmy w najwyższym punkcie trasy (862 mnpm) kapitalnym wielokilometrowym zjazdem leśną, lecz asfaltową drogą wzdłuż rzeki dojechaliśmy z powrotem do Harrachowa. Po drodze zobaczyliśmy też zabytkowy wiadukt kolejowy, po którym pociąg wysoko nad naszymi głowami przekraczał kanion rzeki.

8.07 dzień Druhny i Długiego

Po pożegnaniu Jędrusia, który wracał do Cieszyna teraz już z dobytkiem ruszyliśmy w drogę. Niebawem spotkaliśmy naszą 17-tkę. Była to przyjemna leśna droga która trawersując strome zbocza kanionu Jizery doprowadziła nas po kilku kilometrach do drogi głównej. Tutaj mogliśmy skorzystać z alternatywnej jednak ze względu na spodziewane przewyższenia wybraliśmy drogą główną. Następne kilometry przebijaliśmy się w towarzystwie tirów i innych niebezpiecznych pojazdów, a, że droga nie miała pobocza, była wąska i kręta pożegnaliśmy ją bez żalu, skręcając na Jilemnice. To urocze miasteczko z ładnym rynkiem, pałacem i "Ciekawską uliczką" zachęcało do zwiedzania. W informacji turystycznej otrzymaliśmy mapę rowerową z której wynikało, że istnieje inna ścieżka rowerowa do miasta Semily, gdzie właśnie zmierzaliśmy. Pamiętając o natężeniu ruchu na drodze głównej postanowiliśmy z niej skorzystać. Tylko Unisono trzymał się pierwotnego planu, i tym samym stracił okazję zaliczenia kilku wspaniałych podjazdów i zjazdów, bowiem trasa okazała się mocno górzysta. Na pewno chwalili to sobie nasi "elektrycy" Szprycha i Rewor dysponujący e.bikami, ale cała reszta już mniej. Nasz nocleg w farmie Lansky też był położony na sporym podjeździe, który pokonaliśmy dosłownie na "ostatnim oddechu". A, że w przyrodzie panuje równowaga, pensjonat był wygodny i dobrze wyposażony. Miał nawet basen, z którego nie omieszkałem skorzystać.

9.07 dzień Roztrzapka

Rowery miały wolne, bowiem dzisiaj zamierzaliśmy przejść na piechotę Riegerovą ścieżkę. Zaczyna się tuż za Semilami i prowadzi wzdłuż Izery, która tutaj przeciska się przez góry. Jej najciekawszy odcinek to kładka zawieszona wprost nad lustrem wody. Po drugiej stronie rzeki widać było linię kolejową Pardubice - Liberec, która na odcinku 3 km przebija się aż przez 4 tunele o łącznej dług. ok.800 m co jest unikatem na europejską skalę. Nasza ścieżka trawersowała strome górskie zbocza, więc szło się całkiem przyjemnie. Na wysokich urwiskach skalnych wprost nad wodą był szlak alpinistyczny "Via Ferrata" i obserwowaliśmy jak śmiałkowie przywiązani do stalowej linki forsowali te pionowe skały. Po ok.7 km doszliśmy do miejscowości Podspalov gdzie w latach 1921-26 zbudowano nadal działającą elektrownię szczytowo-pompową. Jako, że był to koniec szlaku Roztrzapek wraz z Druhną i Długim postanowili wrócić tą samą trasą z powrotem, a reszta grupy bez Unisono, który urwał się wcześniej, obrała drogę powrotną po koronie kanionu. W większości szliśmy lasem, ale w kilku miejscach trafiliśmy na wspaniałe punkty widokowe. A na koniec poszwendaliśmy się jeszcze po mieście i po ok.20 km nieco zmęczeni dowlekliśmy się do naszej bazy.

10.07 dzień Gwarka

Naszym celem był camping o zagadkowej nazwie "Zrcadlova koza" usytuowany na przedmieściu Turnova, głównego miasta Czeskiego Raju. Ustaliliśmy, że nadal skorzystamy z lokalnej ścieżki rowerowej. Była mocno pofalowana, ale zapewniała piękne widoki na całą okolicę. Po zjeździe z kolejnego wzniesienia, ku naszemu zaskoczeniu natrafiliśmy też na "17-tkę", która doprowadziła nas do miejscowości Mala Skala. W tym miejscu Izera wypływa na dolinę i traci charakter swój dotychczasowy górski charakter. Na przystanku autobusowym pod opieką Unisono i Długiego pozostawiliśmy bicykle, i powędrowaliśmy zwiedzić tutejsze atrakcje. A było co: najpierw zamek skalny Vranov-Pantheon, a po przejściu ok.2 km skalnymi grzbietami Vranovski Hřeben spenetrowaliśmy malownicze ruiny zamku Frydštejn. Wróciliśmy zadowoleni po 2 godz., choć nasz entuzjazm jakoś się nie udzielił czekającym kolegom. Późnym popołudniem posuwając się wzdłuż brzegu, nie bez problemów trafiliśmy w końcu na dzisiejszą metę. Nocleg okazał się być w jednym domku podzielonym na trzyosobowe "cele". I to dosłownie, bo oprócz piętrowego łóżka, szafki i stolika niewiele więcej się tam wcisnęło. Ale nie było co wydziwiać, albowiem cena była przystępna, a i tak jesteśmy w Raju. Co prawda czeskim, ale raj to raj. Wieczorem, pojechaliśmy jeszcze zobaczyć pobliski Turnov.

11.07. dzień Afi i Rechtóra

Dzisiaj naszym zamiarem było zobaczyć niektóre rajskie atrakcje. Szprycha lecząc wczorajszą kontuzję stawu pozostała na campingu, Rewor pojechał na trasę rowerem, pozostały team dojechał na dworzec autobusowy, gdzie wpakowaliśmy się wraz z rowerami do "cyklobusa". Podwieźliśmy się nim aż do miejscowości Troskovice, i jedynie Gwarek pojechał dalej, aż do Jičina (tego od Rumcajsa) wybierając własną koncepcję trasy. Nad nami piętrzyła się potężna sylweta zamku Trosky. Pozostałości tego średniowiecznego zamczyska z dwoma wieżami usytuowanymi na sąsiednich wzgórzach, są widoczne w całej okolicy i zapewniają fantastyczny dookolny widok więc nic dziwnego, że są symbolem regionu. Na podejściu rowery pozostały pod moją opieką, a reszta, w tym Rewor szturmowali zamek. Wycieczkę kontynuowaliśmy jadąc po tzw. "złotej ścieżce Czeskiego Raju". Jest to szlak pieszy obejmujące wszystkie grupy skalne w regionie. Właśnie dlatego, że ścieżka była dedykowana piechurom w kilku miejscach musieliśmy rowery przenosić po sporych kamieniach. Dotarliśmy finalnie do Hrubej Skaly. Atrakcjami tego miejsca jest: czynny bufet, średniowieczny zamek przebudowany na uroczy pałac oraz malownicza skalna grupa "Hruboskalsko". Tworzą ją mocno zerodowane piaskowce morza jurajskiego, które poprzez ruchy górotworu i dzięki obróbce siłami przyrody otrzymały fantazyjne kształty iglic, wież murów i baszt. Wytyczone między nimi szlaki przypominało w niektórych miejscach wchodzenie do mysiej dziury, czego też wypróbowaliśmy. Jadąc dalej zobaczyliśmy arboretum z cennymi okazami roślin i finalnie dotarliśmy pod mury następnego zamku Valdštejn. Oba zamki, a obecnie pałace są dobrym przykładem wykorzystania walorów obronnych terenu gdzie je zbudowano. Osadzone na wierzchołkach stromych skał wyglądają bardzo malowniczo. Z kolejnych punków widokowych po drodze mieliśmy też możliwość oglądać piękne panoramy na fantazyjnie wyglądające skały. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i odbyło się wielkie smażenie kiełbasek. Jak się domyślam, ku zachwycie przypadkowych słuchaczy campingu daliśmy też koncert piosenek, który zakończył się krótko przed północą.

12.07 dzień Czornej i Unisono

Ten dzień zaczął się nieco inaczej, niż poprzednie bowiem już od rana padało. A, że wcale nie chciało przestać musieliśmy w końcu przetestować odporność naszych peleryn. Ruszyliśmy zatem w deszczu wzdłuż Izery trzymając się naszej ścieżki. Tuż za miastem wyprowadziła nas na wał przeciwpowodziowy oraz polne drogi. Z krótkimi postojami dojechaliśmy do miejscowości Svijany w tym i pałacu o tej nazwie. Cieszyło również to, że jest to nazwa tutejszego browaru. I tak właśnie było - niedawno zrekonstruowany pałac zachwycił nas tematyczną wystawą, a jego piwniczka serwowanym browarem. Deszczu jednak nie udało się przeczekać, więc zapakowani w peleryny ruszyliśmy dalej. Ze względu na niepewną jakość nawierzchni Unisono wyprostował nieco trasę i do Mnichova Hradište dojechaliśmy drogą główną na pewnym odcinku na trasie rajdu samochodowego "Raylle Bohemia". Tutaj zobaczyliśmy chyba najładniejszą budowlę z widzianych na trasie: barokowy pałac Vallenšteinów usytuowany w regularnym francuskim ogrodzie. Radość zepsuła nam nieco pani w kasie gdyż okazało się, że spóźniliśmy się na jedno wejście, a na następne już nie było biletów. Pocieszyliśmy się nieco zwiedzając zamkową zbrojownię i teatr. Następnie zahaczyliśmy jeszcze na obiad w zamkowej gospodzie i późnym popołudniem ruszyliśmy dalej. Na szczęście w końcu przestało padać i znów zaświeciło słońce. Jadąc dalej główną drogą na skróty dotarliśmy do naszego noclegu. Camping Kosmonosy oferował obszerne i wygodne trzyosobowe domki, co po dość spartańskim poprzednim lokum wszystkich zachwyciło. Wieczorem wraz z Gwarkiem udaliśmy się na rowerowy rekonesans do Mladej Boleslav, z którego wróciliśmy ścigani przez kolejną burzową chmurę. Udało się!

13.07 dzień Szprychy i Rewora

Wstałem z łóżka lewą nogą i zapomniałem splunąć przez lewe ramię. Dziś 13-ty: oj niedobrze pomyślałem, i miało się to niestety sprawdzić. Jako, że przed nami najdłuższy odcinek do pokonania jeszcze wczoraj ustaliliśmy, że nie zwiedzamy muzeum Škody. A szkoda, bo jest to bardzo interesujące muzeum tej popularnej marki od lat produkującej nie tylko samochody, ale wcześniej motocykle, silniki lotnicze oraz ... armaty. Muzeum oglądnęliśmy z tylko zewnątrz przez okna wystawowe i pojechaliśmy na rynek. Dla nas główną atrakcją był interesujący model Jizery, a zebrany tłum obserwował z kolei start aut do spotkanego już wcześniej rajdu samochodowego. Instalacja w bardzo ciekawy sposób przedstawiała rzekę od źródła po ujście, z wypisanymi nazwami kolejnych miast, które już na naszym rajdzie odwiedziliśmy. Co więcej ten model działał, bo woda wypływała z dzbanka w ręku postaci umieszczonej przy źródle i przepływając przez kolejne miasta chowała się w Toušen Lazně, gdzie jeszcze dziś będziemy. Podbudowani tą wiedzą ruszyliśmy trzymając się naszej 17-tki. Jadąc polnymi drogami wzdłuż rzeki dotarliśmy do osady Krnsko słynącej z jednego z największych żelbetowych wiaduktów kolejowych w Czechach. Mocno ażurowa budowla robi duże wrażenie swymi rozmiarami: ma 152 m długości i 27 m wysokości. W tle za wiaduktem z drzew wystawała wieża pobliskiego pałacu Stranov, gdzie jednak nie skręciliśmy. Teraz jechaliśmy polną drogą wzdłuż rzeki u podnóża wysokiej skarpy. W pewnym momencie, ku naszemu zaskoczeniu pojawiły się dwie przeszkody. Najpierw było to zwalone drzewo w poprzek drogi. Dało się jednak pod pod nim przejść, ale kawałek dalej kilka drzew dokładnie zatarasowały nam drogę niczym przeciwczołgowa zapora. Tym razem bicykle było trzeba wypchać wysoko po skarpie, aby je sprowadzić z drugiej strony. Łatwo powiedzieć!. Po rozmiękłej po ostatnich opadach glinie było to spore wyzwanie i nie wszystkim się to od razu udało. Np. Gwarek wypchał rower pod górę, chwilę się z nim mocował, a w następnej chwili jednak go przeważył, i "skulali się" zgodnie do punktu wyjścia. Aby pokonać tą przeszkodę stosowaliśmy różne techniki, co zostało zawzięcie sfilmowane i obfotografowane. W końcu zmordowani i ubabrani stanęliśmy po drugiej stronie i mogliśmy podróż kontynuować. Pamiętając o tych przejściach po dotarciu do najbliższej drogi asfaltowej po raz kolejny zmodyfikowaliśmy trasę trzymając się teraz drogi utwardzonej. Dotarliśmy do miasta Benatky na Jizerou i ledwie dotarliśmy pod arkady pięknego renesansowego pałacu, kiedy nadeszła kolejna porcja deszczu. Mieliśmy czas podziwiać piękne sqrafittowe ozdoby pałacowego dziedzińca. Niebawem burza minęła i mogliśmy ruszyć dalej. Na długim zjeździe przed miejscowością Tuřice nagle usłyszałem głośne psst... i już wiedziałem, dalej nie jadę. Choć wymiana dętki nie trwała długo, grupa zdążyła już daleko odjechać. Z analizy mapy wynikało, że Toušen Lazně, gdzie jechaliśmy było bliżej jadąc znaną nam dobrze ścieżką "17", i tak też zrobiłem. Po około 2 km na polnej drodze sytuacja z kołem znów się powtórzyła. Na szczęście miałem dwie dętki zapasowe, więc ten zapas wykorzystałem. Dojechałem szczęśliwie do miejsca spotkania z grupą, na rowerowej kładce nad Łabą czułem, że znów jest kapeć! I to dosłownie o 50 m przed miejscem, gdzie byliśmy umówieni. Tym razem poratował mnie Długi i użyczył mi swój zapas. Po rajdzie okazało się, że winowajcą był pęknięty kord w oponie. W końcu pojechałem zobaczyć miejsce do którego tydzień jechaliśmy. Nasza Izera wpływa tutaj do Łaby i wygląda przy niej jak niewielki potoczek. Tutaj też krzyżuje się szlak Greenway Jizera z Łabską ścieżką. Ta ostatnia ma więcej niż 1200km od Karkonoszy aż do Morza Północnego. Może byłby to temat na przyszłość?. Do Pragi dotarliśmy pierwszy raz napotkaną piękną asfaltową ścieżką dedykowaną rowerzystom. W drodze dopadła nas kolejna burza, a mnie kolejny defekt. Tym razem wyciągnąłem odłamek szkła z przedniego koła. No i jak tu nie wierzyć w feralną 13-tkę!. Rewor uruchomił GPS-a w smartfonie i finalnie wieczorem stanęliśmy przed hotelem "Pramen" mając za sobą prawie 70 km, a przed sobą perspektywę hotelowego luksusu.

14.07 pożegnanie z Pragą i zakończenie

Rankiem korzystając nadal z dobrodziejstw smartfona Rewor podjął się doprowadzić nasz peleton do centrum. Nie było to takie łatwe. Mocno klucząc przejechaliśmy jeszcze kilkanaście km zanim stanęliśmy na nabrzeżu Wełtawy blisko centrum. Jako, że dzięki zapobiegliwości Apanaczi bilety na pociąg do Czeskiego Cieszyna mieliśmy już w kieszeni, zostało nam pół dnia na Pragę. Czorno i Unisono wybrali własny wariant zwiedzania, a reszta ekipy zostawiła rowery na pokładzie zacumowanej barki (znów dzięki Apanaczi) i poszliśmy zdobywać Złotą Pragę. Trwa sezon, a więc wraz z tłumem turystów szturmowaliśmy Most Karola, Rynek z ratuszem i okoliczne atrakcje wliczając w to gospodę z czeskim jadłem. A jako, że byliśmy rozdzieleni na dwa pociągi powrotne jedna grupa wcześniej się odłączyła, a my wraz z Afi do listy zwiedzonych obiektów dołączyliśmy jeszcze Hradczany. Wieczorem spotkaliśmy się na dworcu z Czorną i Unisono, wpakowaliśmy się z rowerami do pociągu i przygodę Greenway Izera 2019 zakończyliśmy ok. północy w Czeskim Cieszynie.

Tak nasz Rajd Jizeraków się zakończył, więc czas na małe podsumowanie.

Mimo iż często zjeżdżaliśmy z wytyczonej trasy uważam, że jest to szlak dobrze oznakowany i ciekawie poprowadzony. Nie dotyczy to oczywiście nawierzchni, albowiem w dużej części był to szlak terenowy, co zresztą w materiałach o trasie było wyraźnie zaznaczone. Choć jechaliśmy z biegiem rzeki, czyli w dół, zwłaszcza na początku były odcinki wymagające dobrego przygotowania kondycyjnego. Nie jest to jednak szlak specjalnie trudny i warto go polecić, zwłaszcza, że Izera jest jednak dość krótka bo liczy raptem ok.180 km, (a my łącznie przejechaliśmy ponad 300km). Mając na uwadze wiele atrakcji na trasie uważam, że program rozpisany na tydzień był jak najbardziej optymalny.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - foto. Rechtór]

[GALERIA ZDJĘĆ - foto. Roztrzapek]

 

 

Rechtór - Zbyś