28.08.2025 r.
RELACJA Z TRAS ROWEROWYCH WCZASÓW
CZORNEJ I UNISONO NA PONIDZIU I W KIELCACH
W DNIACH 14.08 – 28.08.2025 r.
W sobotę, 14 sierpnia, po rocznej przerwie spowodowanej perturbacjami zdrowotnymi, wyruszyliśmy na nasze wczasy z rowerami, a pakując w przeddzień podróżną torebkę, w jednej z kieszonek znalazłam moje zatyczki! Co za radość.
Wybraliśmy odłożone z w/w powodów Ponidzie. Inspiracją były facebookowe zdjęcia nadnidziańskich krajobrazów, poparte opisami ciekawych miejsc i miejscowości. Noclegi zamówiliśmy jak zwykle preferując agroturystykę, jak się okazało, tym razem pechowo, ale z dobrym końcowym rozwiązaniem. Gdy przyjechaliśmy na miejsce w Skowronnie Dużym okazało się, że… wynajmujący pokoje małżonkowie pokłócili się na dobre i nie wynajmują pokoi. Na szczęście jedno z nich stanęło na wysokości naszego problemu i znalazło zastępczą agroturystykę w nieodległym Bełku. Nie lubię takich niespodzianek, ale miejsce okazało się fajne, nowiutki domek campingowy z pełnym wyposażeniem i zacisznym tarasem, pod lasem, bliżej Pińczowa, gdzie już wcześniej zajrzeliśmy do Informacji Turystycznej i zjedliśmy obiad w przyrynkowej restauracji – dość dobry, po którym jeszcze w cukierni zaliczyliśmy lody (upał był niemożliwy) i kawę. Minusem, ale i plusem jednocześnie tej kwatery był rzadko uchwytny sygnał wi-fi, byliśmy więc prawdziwie relaksowo odcięci od różnych sensacyjek i aktualności. Przy rozpakowywaniu okazało się, że Marian nie zabrał pędzla do golenia (!), więc by być ogolonym w jutrzejszy świąteczny dzień, pierwszą przejażdżkę zaliczyliśmy przez Mierzwin do pobliskiego Imielna – w Bełku sklepu nie ma – mając przedsmak kieleckich krajobrazów. Od razu rzuciły mi się w oczy opuszczone, ale i przy zamieszkałych domach rosnące stare sady jabłkowe i śliwkowe, w których pod drzewami walały się nikogo nieinteresujące owoce. Smutno, ale ja czasem z tych opuszczonych korzystałam 😁. O słodkich mirabelkach i ałyczówkach nie zapominam do teraz. Drugim niby minusem, który też wyszedł na plus był fakt, że to miejsce było tylko do poniedziałku (przyjechaliśmy w czwartek). Już w piątek mieliśmy piękną wycieczkę pustymi drogami asfaltowymi i polnymi, wijącymi się aż po horyzont pomiędzy kolorowymi polami i zagajnikami porozrzucanymi po pagórkach i dolinach między małymi miasteczkami, jak się okazało, prawie każde z przebogatą i długą, ważną dla historii Polski przeszłością. Wspomniane już Imielno na początek i kościół pw. Św. Mikołaja zbudowany w (UWAGA!) 1224 r. z kamiennych ciosów wapienia pińczowskiego przez budowniczych cysterskich z pobliskiego Jędrzejowa, oczywiście przebudowany troszkę w XV i XVI w. – dobudowano kaplicę m.in. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, jest co czytać. Msza się kończyła, chciałam zdobyć pieczątkę do książeczek, zaczekałam na proboszcza, który okazał się bywać w wolnych chwilach cyklistą i polecił nam ścieżkę rowerową z Wiślicy do Kazimierzy Wielkiej, a Wiślicę polecił jako obowiązkowe do zobaczenia miejsce pierwszego na ziemiach polskich chrztu i tylko wielka sława Gniezna nie skłania miejscowych do walki o uznanie tego faktu. Byłaby to diametralna zmiana historycznej przeszłości Polski. Ciekawe były też plantacje tytoniu – pięknie kwitnące wysokie rośliny o dużych liściach oraz wjazd na Łysą Górę – raptem 262 m npm, ale widok na okolicę zapierał dech. Jeszcze Helenówka, ponownie Imielno, Mierzwin i po 37 km kwatera. W ten dzień ja serwowałam obiad – w żadnej z miejscowości nawet kawiarenki nie ma. Taki tu klimat 😁.
W sobotę zaliczyliśmy wycieczkę do stadniny koni w Michałowie, gdzie jednak był czas małego bezhołowia po niedawnej aukcji koni, nie zastaliśmy nikogo prócz masztalerzy czy koniuszych i koni – obejrzeliśmy ich trening w ujeżdżalni i na pastwiskach, zrobiliśmy kilka fotek i filmik i dalej w drogę nad pińczowski zalew na Nidzie. Tu dr Google i po kilku chwilach mamy kwaterę od poniedziałkowego popołudnia w… Wiślicy, tak, tej polecanej przez księdza-cyklistę. W centrum Pińczowa zwiedziliśmy malutkie Muzeum w budynkach popaulińskiego klasztoru, ufundowanego w XV w. przez słynny tu ród Oleśnickich. Krół Władysław Jagiełło nadał Pińczowowi prawa miejskie w 1428 r. Panowali tu wiele lat Myszkowscy i Wielopolscy, z zamku pozostały tylko ruiny, ale pałac jest – szkoła średnia w nim teraz się mieści, kaplica Św. Anny, kościół Św. Jana Ewangelisty z XV w. w miejscu pierwotnego, trzynastowiecznego. Kustoszka zaprowadziła mnie również do ocalałej z wojennej pożogi synagogi, opowiadając po drodze o losach tej większościowej w tych okolicach społeczności przedwojennej. Pozostały ściany dużej synagogi – dlatego naziści mieli tu magazyny i jej nie zniszczyli, później los też nie był łaskawy, teraz pozostałe na ścianach malowidła obrazujące sceny ze Starego Testamentu czekają na pieniądze i renowację, jest też wystawa fotograficzna Żydów i Ich historii sprzed holokaustu. Synagoga otoczona jest murem z wbudowanych w beton fragmentów macew, jeszcze teraz dostarczanych przez potomków lub nabywców nieruchomości, których wojenni i powojenni posiadacze używali do… utwardzenia placów itp. Smutne. Duży pińczowski rynek jest zielony i zadrzewiony – przyjemnie chłodny, znaleźliśmy małą jadłodajnię, w której zjadłam przepyszną zalewajkę w dwojakach, zupełnie jak ta, którą często gotowała moja Mama, a też pierogi i placki ziemniaczane z sosem węgierskim. Później jeszcze pałac i baszta Wielopolskich (teraz niedawno czytałam, że jeden z pińczowskich Wielopolskich niezbyt dobrze zapisał się w kartach historii Polski) i przez Sobowice wróciliśmy na bazę, ja znowu po drodze rozkoszowałam się widokami.
Wycieczkę niedzielną wspominam z wielką radością i pewnym optymizmem, jeśli chodzi o ratowanie Ziemi i walkę o ochronę środowiska. Celem było Centrum Edukacji Przyrodniczej w Umianowicach. Dojechaliśmy tam starym, nieczynnym, miejscami mocno zarośniętym chaszczami torowiskiem kolejki wąskotorowej, chwilami zmuszeni do zejścia z rowerów, wznoszącym się ok. 1 m nad suchymi mokradłami, jakkolwiek dziwnie to brzmi, a w pewnym miejscu pojawiła się poważna przeszkoda – kładka nad strugą Nidy pod nią przepływającej, z brakującymi kilkoma podkładami pod szynami, raz spadło mi koło na szczęście zatrzymując się na podporze, inaczej nie wyciągnęłabym roweru, później dało się już jechać coraz szerszym pasem pobocza torowiska, aż dojechaliśmy do Umianowic. A tu w małej wioseczce ścieżka przyrodnicza do wieży widowiskowej, z której można zobaczyć ogrom tzw. delty śródlądowej Nidy i jej rozlewiska, kilka lat temu zrewitalizowanego za pieniądze z Unii Europejskiej w ramach projektu "Renaturyzacja... j.w." Wiosną mokradła ożywają, zielenią się, zamieszkał w nich na nowo żółw błotny i wróciły ryby. Zależy to oczywiście od opadów śniegu i wiosennych deszczy, trzeba mieć nadzieję. Dalej dojechaliśmy do zrewitalizowanej stacji kolejki, z wagonikami, miniparkiem urządzonym "na kolejowo", a tuż obok – duży budynek naszego Centrum Edukacji. W nim olbrzymie akwarium, zwane "Nidarium", w którym można zobaczyć całą pierwotną faunę żyjącą w Nidzie i teraz reintrodukowaną oraz filmy obrazujące wygląd delty w różnych porach roku. Zachwycające! To jednak nie był koniec wrażeń, bo w drodze powrotnej wspięliśmy się na grzbiet Garbu Pińczowskiego (maksymalnie 330 m npm.), ciągnącego się od Pińczowa do Skowronna. Rowery często tu musieliśmy prowadzić, bo ścieżka była piaszczysta lub kamienista z dużymi nierównościami. Grzbiet porośnięty jest tarniną, która za niedługo pewnie miała dojrzałe owoce – nalewki ku zdrowotności mogłyby być hektolitry, a też nikt jej ponoć nie zbiera. A widoki nie do opisania, po prostu trzeba zobaczyć samemu. Zjechaliśmy wprost do Nidy, wzdłuż której chwilę jadąc trafiliśmy na kawałek brzegu bez zarośli – przyjemnie było zanurzyć stopy w chłodnej czyściusieńkiej wodzie, oglądając stadka różnej wielkości rybek, wcale niezaniepokojonych wielkoludem, czyli mną.
W poniedziałek z rana przenieśliśmy się na 2 doby na kwaterę w Wiślicy, zatrzymując się po drodze w Chrobrzu. To kolejna nieduża wioska z bogatą historią. Nazwa pochodzi ponoć od króla Bolesława Chrobrego (!), który zawitał tu wracając z wyprawy kijowskiej, ufundował zamek obronny i założył parafię (taki paradoks – tam grabił, zdobywał i mordował, tu fundował świątynie), tymczasem my dotarliśmy do znacznie później zbudowanego, a teraz nadal pięknego, ale mocno zaniedbanego pałacu Wielopolskich z końca XIX w., do wnętrza mogłam zajrzeć tylko przez ogromne przeszklone drzwi z tarasu – m.in. ogromna sala balowa. Zniszczony ma prawo być, bo historia mocno go poznaczyła: w powstaniu styczniowym stacjonowały tu oddziały Mariana Langiewicza, z którymi Rosjanie stoczyli tu walkę 17 marca 1863 r., w czasie I wojny światowej stacjonowało tu dowództwo 46 Dywizji Piechoty armii austro-węgierskiej, w II w. św. był posterunek hitlerowski policji i zamordowano tu ok. 100 osób, mieszkało tu też dowództwo obozu zagłady w Treblince i obozu pracy w nieodległych Młodzawach Dużych. Dla równowagi – w 2000 roku kręcono tu sceny do filmu "Przedwiośnie" Filipa Bajona w rosnącym wokół ogromnym ogrodzie z zachowanym starodrzewiem, w tym ogromnym platanem, miłorzębem czy modrzewiami. Szkoda, że brak pieniędzy, a może osób zdolnych i chętnych podjąć starania i prace rewitalizacyjne. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy starym XIV wiecznym kościele pw. Wniebowzięcia MP, zamkniętym jednak na 4 spusty, a jest w nim trochę wartościowych zabytkowych artefaktów, m.in. bogato zdobiony nagrobek Stanisława Tarnowskiego. Chwilę później byliśmy już na Rynku w Wiślicy, od którego rzut beretem znajdowała się nowa kwatera. Ona na odmianę nie była zbyt komfortowa, ale gospodyni uprzejma, mogłam skorzystać z malin rosnących wzdłuż płotu i byliśmy sami – pielgrzymka rowerowa miała przyjechać zaraz po naszym wyjeździe. Wiślica to obecnie najmniejsze miasto w Polsce, mieszka tu ok. 500 mieszkańców, a prawa miejskie uzyskała w 2018 r. po 148 latach przerwy, pierwszy zaś raz miastem została w 1326 r. Wg legendy jej założycielem był książę Wiślan – Wiślimir, który przyjął chrzest w 880 r. z rąk Metodego (towarzysza Cyryla), dalej historia jest przebogata, odsyłam do Wikipedii, w każdym razie miasto było wówczas równie ważne jak Kraków. Jest tu wiele zabytków i współcześnie budowanych elementów małej architektury upamiętniających ważne osoby i daty dla tego miasta i Polski. Obeszliśmy wieczorem wszystkie. Najciekawszy dla mnie obiekt to Muzeum Archeologiczne – pod i wokół bazyliki kolegiackiej Najświętszej Marii Panny, gdzie można zobaczyć m.in. odkryte w 1958 r. pozostałości dawnych kościołów romańskich i wiele drobnych artefaktów, biżuterii, monet, broni, zwiedzając je czułam się, jakbym w tamtych latach chodziła sobie kilka metrów poniżej obecnego poziomu terenu. Jest tam też kilkanaście zdjęć z prac archeologicznych wykonywanych we wczesnych postalinowskich czasach PRL. Obok Dom Długosza, na końcu miasteczka olbrzymi cmentarz żydowski, niemiłosiernie zarośnięty, ale otoczony ładnym nowym metalowym ogrodzeniem – przydałoby się o podobny u nas na Hażlaskiej podobnie zadbać, by nikt nie właził tam dewastować i zaśmiecać. Są też grodziska "Na łąkach" i "Regia", oba z X wieku na wyspie wśród mokradeł, odkryto tam 2 palatia i 2 romańskie rotundy z XII w.
Atrakcją niesamowitą była wycieczka rowerowa we wtorek – najpierw do Nowego Korczyna, gdzie Nida wpływa do Wisły i nad rzeką stoją ruiny synagogi, po drodze zaliczając kilka małych, bardzo starych kościółków, a stamtąd do Kazimierzy Wielkiej, po drodze trafiliśmy na ścieżkę rowerową, o której mówił ksiądz w Imielnie. Pierwsze osadnictwo sięga tu 6000 roku p.n.e.! Rozpisywać się jednak nie będę, szperajcie, jeśli kogoś to zainteresuje. Zaliczyliśmy lody i kawę na niby Rynku, pieczątki uzyskaliśmy w kasie leczniczych basenów siarkowych i ruszyliśmy liczącą ok. 30 km ścieżką rowerową do Wiślicy. Wije się ona urzekającymi terenami łąk, pól, sadów, wioseczek; ktoś, kto ją wytyczył, miał do tego talent. Aż chciało się jechać, jednak co chwilę zatrzymywałam się; mirabelki nęciły, a były na wyciągnięcie ręki. To był hardokorowy dzień, przejechaliśmy 80 km łącznie w upale, ale wśród urzekającej przyrody i napojów elektrolitowych sił wystarczyło.
W środę znów pakowanie, bo na drugą część wakacji przenosiliśmy się do Kielc, po drodze zatrzymując się w Chotelu Czerwonym przy uroczym kościółku z 1244 r. oczywiście zamkniętym. Kwatera to apartament z oddzielnym wejściem na parterze bliźniaka na uboczu, właściwie na końcu Kielc, a jednocześnie ok. 20 minut jazdy rowerem do centrum. Elegancki, na ogół wynajmowany uczestnikom kieleckich targów, a hale targowe tu są, że hoho. Kielce to miasto wojewódzkie, ale takie troszkę wiejskie jakby, tu też mnóstwo drzew owocowych się zachowało pomiędzy blokami i w ogrodach, jest tak swojsko, sympatycznie. Na dzień dobry obiad zjedliśmy w fajnej restauracji "Romantyczna"… na parterze spółdzielczego bloku. Nie opisując kolejno wycieczek napiszę, że: zwiedziliśmy zabytkowe śródmieście, Muzeum Narodowe w byłym Pałacu Biskupów Krakowskich, bazylikę Św. Wojciecha, ogrody przypałacowe, ścieżkę rowerową wzdłuż rzeczki Silnicy z ciekawym rozwiązaniem przejazdu pod mostem pod główną ruchliwą ulicą takim trochę pontonowym mostkiem (wielokrotnie), na której też jest zalew z okresu II Rzeczpospolitej, wybudowany jako miejsce wypoczynku dla klasy robotniczej, Muzeum Hammonda (kapitalny kustosz i zbiory), Kadzielnię oczywiście, choć tutaj kiedyś już byliśmy. Jeden dzień zajęła nam wycieczka do nieodległego Oblęgorka, do dworku Henryka Sienkiewicza. W sobotę postanowiliśmy zwiedzić Wietrznię – Rezerwat przyrody i geologii im. Zbigniewa Rubinowskiego i Centrum Geoedukacji. Nie przyszło nam do głowy i nie sprawdziliśmy, że w sobotę może Centrum być nieczynne… Spotkaliśmy całą wierchuszkę przewodników PTTK (dwa autokary), w tym Alę i Marka Kobów, Mariana Kotarskiego, co jednak nie pomogło pokonać bardzo aroganckiego i służbowego portiera, i mimo wstawiennictwa Ali Centrum przeleciałam tylko w kwadrans, zaniepokojona, czy Marianowi coś się nie dzieje, bo strażnik wściekł go tak bardzo, traktując nas poniżej poziomu, że wrócił na parking. Ale spacer na zewnątrz, szlakiem wyrobisk górniczych, ukazujących przekroje najstarszych europejskich gór zaliczyliśmy, korzystając z tablic opisowych. Warto byłoby tam być jeszcze kiedyś, nie w sobotę. W niedzielę poszłam w miasto – na wycieczkę z przewodnikiem miejskim szlakiem kieleckich dworców. Przewodnik Tomek w wieku moich synów, zwolennik spółdzielczości i Żeromskiego (pisarz był wielkim społecznikiem o lewicowych zapatrywaniach i współzałożycielem pierwszych kas oszczędnościowych), opowiadał bardzo zajmująco o historii tak dworca kolejowego jak i autobusowego, ich znaczeniu dla rozwoju miasta (każdego zresztą miasta), o tym rozwoju, rozbudowie przemysłu i historii w ogóle, na dodatek okazało się, że mieszka w pobliżu naszego "Podomka", wracaliśmy sobie więc razem i jesczcze rozmawialiśmy, jak spółdzielca ze spółdzielcą. A, On był kiedyś w Cieszynie, pisał jakąś pracę na wystawę, współpracował z obecną dyrektorką naszego Muzeum. Świat jest mały. Marian miał niedzielę roboczą – chciał sobie tak wyczyścić łańcuch itp., jak w moim rowerze zrobił to Jędruś, bo po moich kłopotach warmińskich nie było śladu, śmigałam po świętokrzyskich pagórkach bez problemu, jeszcze raz dziękuję Jędrusiowi! W poniedziałek pojechaliśmy na Baseny Termalne w hotelu, gdzie m.in. leczyłam biczami wodnymi ostrogę piętową i w ogóle odpoczywaliśmy, wracając zaliczyłam najstarszy cmentarz kielecki i przez zamkniętą bramę – żydowski, a na obiad zajechaliśmy na główny kielecki deptak do baru mlecznego Spółdzielni PSS "Społem" – dobrze tam gotują.
Kwintesencją wczasów na Ponidziu był wtorkowy 3-godzinny spływ Nidą z Brzeźna do Mokrska (też historyczna miejscowość), przepływaliśmy obok ruin zamku i dworu w Sobkowie, od niedawna w prywatnych rękach odzyskującego świetność, w którym później zjedliśmy pyszny obiad. Wg wynajmującego kajaki, który wiózł nas na miejsce startu, poziom Nidy jest ok. 1 m niższy niż bywał. Przekonaliśmy się o tym, bo miejscami głębokość wynosiła 5 cm, mieliśmy jedną przenoskę i ze 3 razy wyskakiwałam z kajaka, by go przepchnąć na głębszy nurt; Marian jeszcze ciągle ma kłopoty z podniesieniem się z pozycji kajakowej czy wannowej, więc tylko do przenoski pomogłam Mu opuścić kajak.
Jeszcze powracam do dworców. Dla mnie najciekawszy był autobusowy, wybudowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w formie przypominającej latający spodek, w projekcie architekci wykorzystali wiedzę gotyckich budowniczych kościołów (przypory), by uzyskać dużą przestrzeń wnętrza bez podpór. Dworzec ten został 5 lat temu zrewitalizowany, zelektronizowany, zaopatrzony w schody ruchome, uzupełniono roślinność wokół i postawiono taki minipomnik obrazujący historię przewozów autobusowych i ludzi z nich korzystających – podobała nam się całość, wszystko po prostu. Jego ideą jest kompletne odseparowanie ruchu pasażerów od ruchu autobusów – spotykają się dopiero na stanowisku odjazdu. I w środę przed końcem naszych wczasów był tam obchodzony jubileusz 5-lecia tej rewitalizacji. Były: przemowa Burmistrzyni, muzyka, tańce, poczęstunek, mnóstwo ludzi. I my tam byliśmy naturalnie i tańczyliśmy przed dworcem autobusowym w Kielcach.
Zrobiliśmy łącznie 10 wycieczek, na 364 km, najkrótsza wynosiła 17 km (po nożyki do golenia), a najdłuższa – 80 km, ta do Kazimierzy Wielkiej.
Kończąc znowu napiszę, że piękna nasza Polska cała i dodam, że zaskoczyła mnie bardzo ilość miejsc, miejscowości, budowli historycznych – kilka zdjęć w załączeniu. Działo się tu ciągle, a ta nieustająca walka o trwanie, o zachowanie polskości z najeźdźcami ze wschodu dalekiego i bliskiego, później próby jej odzyskania zasługują na szacunek, a nie na lekceważące określenia typu szkieletczyzna itp. I w ogóle niedaleko, w Zawadzie Pilickiej, urodziła się moja Mama, poniekąd tam moje korzenie i więc szacunek się należy i już.
Czorno