SEZON 2025
CZORNEJ I UNISONO
OZDROWIEŃCÓW KARDIOLOGICZNYCH
Po ubiegłorocznym Unisono i moim styczniowym lekarskim uratowaniu powolutku odbudowywaliśmy naszą sprawność. Poniżej krótka z tych aktywności relacja.
Marcowy Bieg Piastów w Szklarskiej Porębie spędziliśmy spacerując z Apanaczi i kibicując Jędrusiowi i Staszkowi Pawlikowi. Szklarska urzekła mnie jak zawsze.
Po wiosennych pozytywnych kontrolach stanu zdrowia w przychodniach kardiologocznych nieśmiało wyruszyliśmy w kwietniu na wycieczki rowerowe. Pierwsza – na 15 km po w miarę równej trasie do Puńcowa 20.04, a już za tydzień otwieraliśmy sezon z Ondraszkami, by w imieniny Unisono, 30 kwietnia pojechać do Pogwizdowa i w powrotnej drodze odwiedzić las kończycki – lubimy go.
Maj upłynął na kontaktach rodzinnych i spacerach po Cieszynie, a w czerwcu ruszyliśmy na 65. Ogólnopolski Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej, dzięki uprzejmości przodowników Ola i Juniorka (w poniedziałek, bo w sobotę odwiedziliśmy Gliwice w związku z Jubileuszem istnienia naszego Wydziału Budownictwa Politechniki Śląskiej; w końcu tam się poznaliśmy 😁. Zrobiliśmy 4 wycieczki, o długości od 32 do 63 km, łącznie 199 km! Dobrze się czuliśmy, odwiedzaliśmy bazę Zlotu w Skorzęcinie, bo wynajęliśmy kwaterę w agroturystyce pod nrem 41a. Sympatyczni gospodarze prócz nas zakwaterowali jeszcze kilkoro zlotowiczów. Cieszyliśmy się, że wieczory i noce mieliśmy spokojne, z dala od zgiełku ośrodka, na którym była baza, pełnego weekendowych wczasowiczów. Przeprosiliśmy Paparazziego, z którym jeździliśmy na poprzednich Zlotach – my tym razem powolutku i niedaleczko. Najwyżej 63 km 😁. Byliśmy w Witkowie, na dawnej granicy w Anastasewie, Trzemesznie, Trzemżalu, oczywiście w Gnieźnie – wszak ten rok to 1.000 lat od koronacji pierwszego naszego Króla; Gniezno pięknie wyglądało z tej okazji i zachęcało do kolejnego już w naszym przypadku zwiedzania go. Spotkaliśmy się też z ekipą Ondraszków i byliśmy na kilku odprawach oraz na zakończeniu Zlotu – podobała nam się organizacja, fajny to był wieczór.
Krótko pobyliśmy w domu i ogarniałam działkę, bo już dni 19–26 lipca spędziliśmy na obozie Ondraszkowym na Warmii z bazą w popeerelowskich, aczkolwiek fajnie wyremontowanych domkach w Ostaszewie. Tutaj nasze również 4 wycieczki liczyły od 18 do 63 km, był też jeden deszczowy dzień, w sam raz na wycieczkę samochodową do Nidzicy całej ekipy. Szczegóły zapodał już Rechtór, ja dodam tylko, że w przeciwieństwie do Mariana – śmigał, jakby żadnej operacji nie miał w zeszłym roku – przeżywałam niesamowite katusze, moje nogi nie chciały kręcić, jednego dnia po prostu zeszłam z roweru ok. 3 km przed bazą, zachwyciłam się polnymi kwiatami, zrobiłam kilka zdjęć, po czym kilkaset metrów prowadziłam sobie rower, aż doszłam do Mariana, który zdenerowany zostawił mnie wydawało się na pastwę losu, ale nie, czekał w cieniu dobrego drzewa. Dojechałam później do domku, a on ruszył na grzyby, a dokładnie kanie, których lokalizację wskazała nam zagadnięta na początku wycieczki miejscowa, życzliwa przyjednym, Warmianka. Ależ mieliśmy pyszną kolację! Powtórzyliśmy ją jeszcze raz zresztą, takich okazji się nie odpuszcza. Tym niemniej martwiłam się, co to będzie dalej. Mieliśmy przecież zaplanowane nasze wczasy na siodełku. Wracaliśmy najpierwsi, wstawszy już przed piątą, a że spaliśmy na parterze, mam nadzieję, że nie obudziliśmy nikogo. Po powrocie smutno mi było, bo chyba zostawiłam tam moje niesamowite zatyczki do uszu, telefony do Zbyszka I właścicielki ośrodka nie pomogły. Tymczasem...
O tym i nie tylko opiszę w oddzielnym sprawozdaniu, a tymczasem załączam kilka zdjęć, do obejrzenia których zapraszam.
Czorno