4-7.09.2025 r.

 

Wyprawa w Bieszczady

 

Na cel tegorocznej górskiej eksploracji Ondraszka Basia "Apanaczi" i Andrzej "Jedruś" obrali Bieszczady. Jak żadne inne pasmo górskie w Polsce Bieszczady obrosły legendami i nimbem tajemniczości. I słusznie, bowiem dość długo opierało się najazdom turystów, i były czasy kiedy można tam było prędzej spotkać dzikiego zwierza niż człowieka. Co zostało z tych dawnych, tajemniczych Bieszczad w ten wrześniowy weekend pojechało sprawdzić 36 uczestników wycieczki, w tym 21 Ondraszków. Wyruszyliśmy raniutko w piątek, aby po drodze zwiedzić jeszcze sławny małopolski Biecz. To piękne miasteczko o średniowiecznym rodowodzie jest znane z tego, że była tutaj ponoć szkoła katów, w której uczniowie pobierali nauki jak można pięknie skrócić delikwenta o głowę. Przewodnik który nas oprowadzał stwierdził, że Biecz ma wiele wspólnego z tym dawnym zawodem, bowiem miasto miało własnego kata już od 2 poł. XIV w. aż do 1783r. I był to wyznacznik jego statusu, bowiem w ówczesnej Małopolsce własnego kata miał jeszcze tylko Kraków i Sącz. Miał biedak tutaj sporo roboty, gdyż np. w 1614 r. wykonał blisko 120 wyroków śmierci, a bywał jeszcze wypożyczany do sąsiednich grodów, które nie miały własnego kata. Ale żeby szkoła - to nie. Opowieść ta należy wsadzić między bajki, był to bowiem fach rodzinny, i co więcej wśród miejskiej społeczności nie cieszył się zbyt dobrą opinią. Ale i tak kat jest tam do dziś, i na rynku cierpliwie czeka na turystów. Nie po to żeby ich skrócić, ale żeby sobie z nim zrobić pamiątkową fotkę, co też uczyniliśmy. Następnie zobaczyliśmy piękny gotycki kościół pw. św. Piotra i Pawła. W tej świątyni pełnej zabytków z różnych epok, warto było zobaczyć kaplicę poświęconą bp. Marcinowi Kromerowi tutaj urodzonemu, który zrobił wielką karierę jako biskup kapituły warmińskiej w XVI w. i jest pochowany w Lidzbarku Warmińskim. Tego dnia zaliczyliśmy jeszcze górski spacer po Połoninie Wetlińskiej. "Jędruś" wywiózł nas na przełęcz Wyżnią (872 m n.p.m.), skąd poszliśmy do Chatki Puchatka na Połoninie (1228 m n.p.m.). To schronisko (niegdyś pttk-owskie) wspominany z sentymentem, bowiem w latach 70-tych XX w. prowadziła je p. Urszula z naszego Cieszyna w towarzystwie konia, osła i lamy. Obecna chatka w niczym nie przypomina tej dawnej. Po remoncie, a właściwie jej wyburzeniu i postawieniu na nowo na pewno zyskała na komforcie, ale przy tym straciła duszę. Następnie powędrowaliśmy płajem połoniny podziwiając dookolne wspaniałe widoki. Doszliśmy tak do przeł. Orłowicza skąd zeszliśmy do Wetliny, gdzie mieliśmy noclegi. Niektórzy jeszcze wydrapali się na sąsiedni Smerek (1222 m n.p.m.). W Wetlinie byliśmy gośćmi w schronisku PTTK po bardzo przyzwoitej cenie, i w całkiem dobrym standardzie.

Następnego dnia, czyli w sobotę pojechaliśmy do Mucznego. Po drodze większa cześć grupy wysiadła, aby dojść tam piechotą w towarzystwie przewodnika przez Bukowe Berdo, natomiast czterech śmiałków (w tym i ja) za namową "Jędrusia" z Mucznego pojechaliśmy na wypożyczonych elektrycznych MTB do źródła Sanu. Źródliska znajdują się na samym końcu tzw. Bieszczadzkiego Worka, który wcina się ostrym klinem w Ukrainę. Można tam dotrzeć wyłącznie rowerem bądź piechotą z tym, że ta druga opcja oznacza co najmniej 7 godz. marszu w obie strony. I dopiero tutaj można było zobaczyć te dawne, dzikie Bieszczady. Miało to swoje uzasadnienie, bowiem tereny te były wyznaczone jako łowieckie dla prominentów PRL-u. W związku z tym w Mucznym stał pilnowany przez żołnierzy WOP szlaban na drodze, i kończyła się cywilizacja. W następnej wiosce Bukowiec Iglopol niegdyś wybudował teraz już upadły kołchoz, z którego pozostało ledwie kilka budynków. Dalej to już wielkie nic, tylko królestwo przyrody. A jeszcze do poł. XX w. były tam ludne wsie Beniowa i Sianki, które właśnie za czasów PRL-u zostały wysiedlone i zniszczone. Pozostały w nich nadal rozpoznawalne miejsca po domach i cerkwiach oraz resztki cmentarzy. Z Sianek, która w latach międzywojennych była dużą uzdrowiskową i modną miejscowością (coś jak nasza Wisła) pozostała teraz tylko część, leżąca obecnie po stronie ukraińskiej. I doskonale było ją widać ze szlaku, idąc po naszym bezludziu. Doprawdy dziwne doświadczenie.

Źródło Sanu (jedno z trzech) wypływa z małego niepozornego jeziorka tuż za granicą, całkiem blisko przełęczy użockiej. Stąd rzeczka całymi kilometrami wije się serpentynami stopniowo rosnąc w siłę, i wyznaczając polsko-ukraińską granicę. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze pozostałości po cmentarzach w Siankach (legendarny Grób Hrabiny) i Beniowej, obecnie eksponowane jako atrakcja turystyczna. Telepiąc się kilometrami po straszliwie dziurawej żwirówce stwierdziłem, że jest to teren wyłącznie do eksploracji na rowerach górskich, takich jak nasze wypożyczone. Dodać należy, że w pakiecie wraz z rowerami dostaliśmy też ...ochroniarza. I to nie chodziło o nas, ale o rowery. Do źródła bowiem nie można dojechać, i rowery trzeba zostawić na daleko od celu na parkingu przy szlaku. I podobno często się z tego parkingu ulatniają za pobliską granicę. Wymęczeni, ale szczęśliwi dojechaliśmy z powrotem do Mucznego, skąd już całą grupą wróciliśmy na nocleg. Tego wieczoru przy ognisku i turystycznej piosence spotkaliśmy się właśnie z p. Urszulą niegdyś gazdującej w Chatce Puchatka, która osiedliła się tutaj w Wetlinie. Z przejęciem słuchaliśmy jej opowieści o tym gazdowaniu na Połoninie, z dala od cywilizacji i jej udogodnień.

W kolejnym, już ostatnim dniu wyprawy pojechaliśmy do Soliny, aby popływać stateczkiem po jeziorze. Zalew Soliński został zbudowany w latach 60-tych ubiegłego wieku i zmienił na zawsze okolicę, a nawet klimat. Wybudowano najpierw imponującą zaporę typu ciężkiego o wysokości 82 m i dług 664 m. Powstałe z wypiętrzenia Sanu jezioro zaporowe ma powierzchnię 2200 ha i gromadzi ok. 0,5 mln m3 wody. Jego długość to prawie 27 km, a jego rozbudowana linia brzegowa liczy 150 km. Ten imponujący moloch przez akumulację ciepła w wodzie wpłynął na złagodzenie zimy w rejonie lecz i częstsze wiatry, co akurat chwalą żeglarze. Niedawno oddano do użytku kolejną atrakcję czyli gondolową kolejkę linową. Choć jazdy to tylko 8 min, ale wrażenia ponoć niezapomniane. Zwłaszcza w taki dzień jak dzisiaj, bowiem po kilku słonecznych zrobiło się mglisto i obserwowane wagoniki - gondole znikały jeden po drugim w mglistym całunie.

Wracając zobaczyliśmy jeszcze jedną ciekawostkę geologiczną tzw. Leski Kamień. Jest to wypiętrzona na kilkanaście metrów skalna ściana o długości 220 m.

Pełni wrażeń wróciliśmy do Cieszyna już po ciemku, dziękując organizatorom za tak wspaniałą i odkrywczą wyprawę.

 

[GALERIA ZDJĘĆ]

 

"Rechtór" - Zbyś