Aktualności

Święto Wszystkich Świętych - 2020

Rechtór

3-4.11.2020 r.

 

Święto Wszystkich Świętych - 2020

 

Tego jeszcze nie było, żeby w ten Dzień Pamięci o Zmarłych zamknięto... cmentarze. Piszę o tym w tej kronikarskiej notatce aby czytelnicy, którzy po latach będą to czytać wiedzieli, że coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć. Wszystko to oczywiście sprawka wirusa, który jakoś zadomowił się na razie na dobre.

Z tego też powodu nasz spacer musieliśmy przełożyć na dzień powszedni, co jednak nie znaczy abyśmy nie pamiętali. Wszak niejednokrotnie zaznaczałem, że człowiek tylko raz umiera, lecz żyje tak długo jak długo pamiętają o nim żyjący.

Tak więc znicze z logo naszego klubu zapłonęły w Pogwizdowie na grobie śp. Stasia Pawlika, i w Kończycach Małych gdzie pochowano śp. ks.Tadeusza Klocka. Na cmentarzu komunalnym w Cieszynie zapaliliśmy znicze seniorowi cieszyńskich turystów śp. Julianowi Jurysowi, Prezesowi cieszyńskiego PTTK śp. Jackowi Tyczkowskiemu oraz przedwcześnie zmarłej nieodżałowanej pamięci Wandzi Porębskiej. Z kolei na cmentarzu ewangelickim w płomyczku znicza nasze wspomnienia odżyły przy grobie niedawno zmarłego śp. Władka Sosny oraz bardzo lubianego śp. Ryśka Syrokosza. Pamięcią ogarnęliśmy też postaci śp. Adasia Poloczka "Seniorka" w zeszłym miesiącu pochowanego na cmentarzu w Wiśle, jak i zmarłych w roku ubiegłym śp. Krzysztofa Sumerę oraz Stasia Halskiego w Bielsku-Białej. Jak co roku odwiedziliśmy również grób śp. Mariana Palowskiego na cmentarzu w Cz.Cieszynie, i to już tradycyjnie w nocnych ciemnościach.

Ci, których kochamy nie umierają,
Bowiem miłość jest nieśmiertelna...Emily Dickinson

2020 11 01 15 41 30 1001

2020 11 01 17 47 52 1002

2020 11 05 17 07 18 1003

2020 11 05 17 12 30 1004

2020 11 05 17 47 07 1005

2020 11 05 18 16 53 1006

2020 11 07 15 36 42 1007

2020 11 08 15 40 19 1008

Rechtór - Zbyś

Wyjazdowe zebranie Zarządu oraz Komisji Rewizyjnej Ondraszka - 11.11.2020

Rechtór

11.11.2020 r.

 

Wyjazdowe zebranie Zarządu oraz Komisji Rewizyjnej Ondraszka

 

Jest już tradycją, że przynajmniej jedno ze spotkań władz klubu staramy się zrobić w wersji pełniejszej czyli połączone Komisją Rewizyjną oraz gdzieś w plenerze. Termin 11 listopada z racji Święta Niepodległości i dnia wolnego jest po temu dobrą okazją, choć w tym roku udział ze względu na ciągłe wirusowe zawirowania był jak najbardziej dobrowolny.

Tak więc zamiast jechać do Warszawy i brać udział w bójkach Marszu Niepodległości pojechaliśmy na Kubalonkę. Niestety autobus z niewiadomych przyczyn nie podjechał, więc musieliśmy wykorzystać własne auta. Pogoda była typowo jesienna. Mgła, wilgotno i chłodno, a pod nogami błoto i opadłe liście. Nam to jednak zupełnie nie przeszkadzało i raźno czerwonym szlakiem dotarliśmy na przeł Łączecko, skąd niebieskim po łącznie po ok. 3 godz. dotarliśmy na Stożek. Byliśmy jednak zadziwieni ilością ludzi na szlaku, w tym nawet rowerzystów korzystających z specjalnej trasy zjazdowej typu "skręć kark" wytyczonej spod schroniska wzdłuż nartostrady. Schronisko z premedytacją minęliśmy, a na dość karkołomnym zejściu napotkaliśmy dwóch facetów szturmujących stromy podjazd na elektrycznych wehikułach przypominających rower, ale bez pedałów. Czego to ludzie nie wymyślą...

Naszym celem była bacówka Koła PTTK nr 3 "Salamandra" (dawniej Celmy) zlokalizowana pod Małym Stożkiem, gdzie niebawem dotarliśmy. Wcześniej umówiony gospodarz p. Zbigniew Cieślar już na nas czekał, a ze starodawnego pieca kuchennego rozchodziło się przyjemne ciepełko. Ta drewniana chałupka oferuje aż 18 miejsc noclegowych w warunkach turystycznych, ale za to "z duszą". Warto to wziąć pod uwagę planując klubowe czy też indywidualne wypady. Kawa z domowej roboty ciastem smakowała wybornie, więc i obrady jubileuszowego, bo już 40 spotkania Zarządu przebiegły w sympatycznej atmosferze.

A potem pozostało już tylko wrócić do cywilizacji, czyli zejść do Wisły Dziechcinki i wrócić do domów, uprzednio odbierając zaparkowane na Kubalonce auta.

Wartością dodaną były widoki wyłaniające się z jesiennej mgły, świeży "luft" no i wg niektórych danych przeszliśmy ok. 25 tyś. kroków.

2020 11 11 11 11 01 1001

2020 11 11 11 42 35 1002

2020 11 11 13 11 22 1003

2020 11 11 13 24 18 1004

2020 11 11 13 57 23 1005

2020 11 11 15 34 22 1006

2020 11 11 16 14 17 1007

Rechtór - Zbyś

Do boju na ...rowerze

Rechtór

"Do boju na ...rowerze"
Artykuł autorstwa Josefa Čurdy zamieszczony w czasopiśmie "Valka Revue" listopad 2020
Tłumaczenie i skróty: Zbigniew Pawlik

 

Od swojej pierwotnej funkcji zabawki dla dziwaków rower został środkiem komunikacji masowej, dlatego też nie mógł zostać nie zauważony dla armii. W konfliktach zbrojnych XX stulecia spełnił bardzo ważną rolę.

Pierwsze kroki w armii

Protoplastą roweru była tzw. Draisyna od imienia swojego wynalazcy Karola Dreysego. Urządzenie to wynalezione w 1817 roku miało postać drewnianej ramy z dwoma kołami, między którymi było umieszczone siodełko. Nie miało jednak pedałów, i użytkownik po prostu odpychał się od podłoża nogami. Pedały dodano dopiero na początku lat 60-tych XIX w. Gdzieś w latach 80-tych rower miał już mniej więcej postać taką, jaką znamy dzisiaj. Przełomem był jednak wynalazek Szkota Johna Dunlopa, który w roku 1887 dodał opony i dętki pompowane powietrzem. I w tej postaci zainteresowali się rowerem wojskowi, którzy uważali go za doskonałą alternatywę konia w kawalerii. Rower miał oczywiste zalety: nie potrzebował siana ani odpoczynku, ponadto był łatwy w użytkowaniu i utrzymaniu. Ze względów taktycznych jego zaletą było cichsze przemieszczanie się niż konnica. Doświadczeni rowerzyści armii francuskiej potrafili jechać z szybkością nawet 25 km/godz, przy dziennym etapie sięgającym nawet do 100 km, dlatego też w strukturach tej armii byli już od 1892r. W tym samym roku rowery pojawiły się w armii włoskiej. Tutaj jednak, ze względu na górzysty teren już używano rowerów składanych, które w tej postaci mogły być przenoszone nawet na plecach. Austriacy również eksperymentowali z rowerami w c.k. armii już od 1884r. Armia amerykańska rowery zaczęła użytkować nieco później niż w Europie, lecz za to z wielkim entuzjazmem. Generał major Nelson A. Miles po ukończeniu bardzo wymagających rowerowych zawodów w Nowym Jorku w 1891r. stał się zapalonym propagatorem roweru w armii. Jego zwierzchnik dowódca 15 brygady pieszej w Fort Sheridan w Illinois wyznaczył mu zadanie organizacji eksperymentalnej jednostki kolarzy dla sprawdzenia ich użyteczności w wojsku. Wiosną 1892r. dziewięciu kolarzy pod dowództwem por. Wiliama Maya próbowało wykorzystać rowery w nowej roli. I choć wyniki nie były olśniewające Miles ogłosił, że w przyszłych bojach rower po koniecznych ulepszeniach stanie się najważniejszym urządzeniem dla celów wojskowych. Gdy w latach 90-tych XIXw. został dowódcą armii amerykańskiej, swoje przekonania w tej kwestii konsekwentnie wcielał w życie.

Rower w I wojnie światowej

Na przełomie XIX i XX w. rower był już na wyposażeniu armii wszystkich światowych mocarstw. Swój chrzest bojowy przeszedł w tzw. drugiej wojnie burskiej toczonej w latach 1899-1902 (obecnie tereny RPA w Płd. Afryce- prz.ZP). Jednak faktycznie masowego użytku doczekał się na frontach I wojny świat. Ze względu na statyczny charakter walk i masowe użycie karabinów maszynowych oraz artylerii cykliści byli wykorzystywani w formacjach tyłowych: jako łącznicy, czy też do ewakuacji rannych. W największym zakresie wykorzystała rowery armia niemiecka. Każdy batalion strzelców miał jedną kompanię rowerzystów "Radfahrkompanie". Organizowano je również w trakcie wojny tak, że istniało ich ogółem ok.80. Niektóre były nawet scalane do batalionów. W niemieckiej doktrynie cykliści mieli przeprowadzać rozpoznanie i szybkie ataki przez niedostępne obszary zalesione, gdzie mogli wykorzystać element zaskoczenia. Anglicy też wyposażyli niektóre kompanie w rowery, zbiegiem czasu powstały dwie rowerowe dywizje, a w końcu i cały rowerowy korpus "Army Cyclist Corps". Obie armie wykorzystywały również rowery do przewożenia karabinów maszynowych (w stanie rozłożonym), co powiększało siłę ognia tych jednostek.

W roli lekkiej kawalerii

Gdy w sierpniu 1918 Entencie udało się przełamać front pozycyjny, pojawiło się dla rowerzystów następne pole do działania. Jadąc za wycofującymi się jednostkami niemieckimi kanadyjski rowerowy batalion spełnił wielką rolę w sukcesie całego ugrupowania, bowiem już w pierwszy dzień ofensywy przebił się do przodu na odległość aż 13 km, co wówczas było bardzo zaskakującym wynikiem.

Warto wiedzieć, że rower z pełnym wyposażeniem ważył ok. 40 kg, a od żołnierza-rowerzysty wymagano, że w jeden dzień pokona odległość ok.60 km, co przy stanie ówczesnych dróg było nie lada wynikiem. W czasie tej ostatniej alianckiej ofensywy rowerzyści mieli zadania rozpoznawcze, choć pozostając w kontakcie z nieprzyjacielem uczestniczyli również w bezpośrednich walkach.

W październiku 1918 r., kiedy postępy Aliantów były coraz większe, celem zwiększenia szybkości 1 i 4 dywizja kanadyjska otrzymały posiłki: po jednym szwadronie z pułku kawalerii, jednej kompanii rowerzystów, dwu baterii karabinów maszynowych oraz dwóch samochodów pancernych. Dowódca 4 dywizji gen. Watson wspominał: "Cykliści byli najcenniejsi dzięki swoim możliwościom zwiadu, przekazywaniu rozkazów oraz zbierania informacji o ruchach wojsk własnych i nieprzyjacielskich". Choć nie mogli wykonać szarży w kawaleryjskim stylu, mogli jednak w miarę szybko się przemieścić i uczestniczyć w walkach jako piechota. Walki na frontach I wojny jasno wskazały na potencjał bojowy jednostek rowerowych, i choć w trakcie demobilizacji powojennej jednostki te rozwiązywano żołnierze na rowerach znaleźli swoje miejsce w nowo formowanych nowoczesnych armiach w okresie międzywojennym.

Na frontach II wojny światowej

Pomimo wdrożonej powszechnie motoryzacji i technicznego postępu rower okazał się być użyteczny również w następnej wojnie światowej. Już w 1937r. Japończycy w trakcie ofensywy w Chinach mieli ok.50 tyś. cyklistów. Na przełomie 1941/42 rowerzyści uczestniczyli w ofensywie w Malezji i natarciu na Singapur. Ta brytyjska baza była dobrze chroniona przed atakiem z morza, ale atak ze strony lądu w pełni ich zaskoczył. Japończycy przejechali bowiem cały półwysep (ok.800 km) po wąskich ścieżkach w dżungli. Co ciekawe, nie mieli własnych rowerów, lecz zarekwirowali je po prostu miejscowym cywilom.

Armia niemiecka, która była uważana za w pełni zmotoryzowaną, też traktowała rowery jako niezbędne. Już w czasie organizacji Wehrmachtu w każdej dywizji, w tym i pancernej był utworzony oddział rozpoznawczy dysponujący kompanią rowerzystów. W trakcie wojny, wraz ze wzrastającymi problemami z paliwem rola rowerów jeszcze wzrosła. W roku 1943 w III Rzeszy wyprodukowano ok. 1,2 mln rowerów, z czego większość otrzymały siły zbrojne. Rowery stały się lżejsze, dodawano różne ulepszenia umożliwiające przewóz broni i amunicji. Ręczny karabin maszynowy teraz przewoził już jeden żołnierz, lecz ckm do przewozu jednak było trzeba rozmontować na klika rowerów. Na rowerach przewożono moździerze mniejszych kalibrów, a w końcowej fazie wojny nawet i dwa "Pancerfausty". W tym czasie wojskowi rowerzyści dysponowali już radiostacjami, co pozwalało na bieżące przekazywanie informacji w trakcie prowadzonego zwiadu.

Rowerami dysponowały też siły specjalne np. spadochroniarze. W latach 1942-1945 firma Birmingham Small Arms wyprodukowała ok 60 tyś. rowerów składanych dla spadochroniarzy. Rowery miały im umożliwić ciche przemieszczanie na większe odległości. Podczas skoku mieli je przywiązane liną do spadochronu. Rower był złożony w połowie ramy a motylkowymi nakrętkami koło tylne sczepiano z przednim. Na ramie w kolorze khaki zamocowano specjalne uchwyty na karabin. Anglicy i Kanadyjczycy używali je od lądowania w Normandii w 1944r., aż do końca wojny. I choć żołnierze często porzucali swoje bicykle jako niepotrzebny bagaż, dobowe zdjęcia z późniejszych walk ukazują, że dalej były wykorzystywane jako użyteczny środek transportu.

Wietnamscy rekordziści

Ani w drugiej połowie XX w. rowery nie straciły swej strategicznej wartości. Ich użycie ze względu na wzrastający stopień motoryzacji oraz zmiany taktyki nie było już tak powszechne, ale pojawiały się nowe konflikty zbrojne w których rower dowiódł swej użyteczności. Najbardziej znanym było ich wykorzystanie przez Vietkong podczas wojny w Indochinach. Tutaj były powszechnie używane nie tylko jako środek do transportu piechoty, ale również i towarów. Na drodze Ho Shi Mina tysiące ton towarów przewożono nie tylko w ciężarówkach, ale również i przez ok.2000 cyklistów, którzy na obwieszali swoje rowery skrzynkami z amunicją czy innym towarem. Co ważne rowery przejechały tam, gdzie auta nie dawały rady. Ten sposób transportu dzięki niskiemu zapotrzebowaniu materiałowemu północno wietnamskich żołnierzy mógł w pełni zabezpieczyć ich potrzeby. Dla przykładu dywizja licząca ok 10 tys. ludzi potrzebowała zaledwie ok. 3 ton materiałów dziennie. Tak więc ma wąskich ścieżkach w dżungli pełnych zakrętów i korzeni, zabagnionych czy pokrytych trawą zaopatrzeniowcy na rowerach dziennie byli w stanie dostarczyć niezbędny materiał nawet na odległość 40 km. Swoje rowery nazywali "stalowe konie”, co jest o tyle prawdziwe, że niejednokrotnie przewozili więcej towaru niż wierzchowce. Podczas gdy piechur może przenieść ok. 45 kg ciężar na własnych plecach jest udokumentowany przypadek, że północnowietnamski żołnierz-rowerzysta przewiózł na drodze Ho Shi Mina materiały o masie 420 kg. Tym samym pobił rekord z czasów konfliktu z Francuzami w latach 50-tych XX w., w którym do oblężonej twierdzy Dien Bien Phu rowerzysta dowiózł towary o masie 330 kg, W tych walkach Wietnamczycy preferowali ze względu na niezawodność francuskie rowery marki Peugeot, ale były też używane i czechosłowackie "Favority”. Oczywiście do przewiezienia takiego ciężaru ramy i przednie widelce rowerów były wzmacniane metalowymi czy bambusowymi podporami, wyposażano je też w specjalne bagażniki.

Współczesność

W armii szwajcarskiej rowery były w użyciu już od 1891r, a pierwsza jednostka tego typu powstała w 1905r. Wprowadzony wówczas do użytkowania rower "Modell 05" był używany przez następne 88 lat!. Dopiero w 1993 roku wprowadzono nowy typ "Militärrad 93" z siedmiostopniowym przełożeniem, hydraulicznymi hamulcami i dynamem. Rower przystosowany do przygotowania posiłku w terenie oraz przewożenia ekwipunku ważył niemało bo aż 22 kg, co po dołożeniu uzbrojenia w tym i przeciwpancernego granatnika wzrastało do 50 kg. Było to sporo jak na trudny alpejski teren. Wg szwajcarskiej doktryny obronnej rowerowe jednostki miały natychmiast atakować po przekroczeniu granicy przez oddziały zwiadowcze agresorów. Dlatego też byli do nich przyjmowani tylko najlepsi, którzy np. byli w stanie przejechać i 200 km z pełnym ekwipunkiem. W roku 2003 jednostki te zlikwidowano. Jednakże w 2012 roku armia szwajcarska zamówiła nowy typ roweru Fahrrad 12, których wyprodukowano tylko 4100 szt w cenie 2,5 tyś franków szwajcarskich za sztukę. Uległ on wyraźnemu odchudzeniu (waży ok.16 kg) przy zachowaniu wszystkich zalet swojego poprzednika.

Współcześnie niektóre armie używają składanych rowerów górskich typu MTB, np. we Finlandii nadal uczy się rekrutów w posługiwaniu się nartami i rowerami, przy czym zaleta ich używania w szybkości przewożenia czy cichym poruszaniu od dziesięcioleci pozostaje niezmienna.

 DSC01153

 DSC01154

 DSC01155

 DSC01156

 DSC01157

 DSC01158

Zakończenie 54 sezonu Ondraszka

Rechtór

10.10.2020 r.

 

Zakończenie 54 sezonu Ondraszka

 

Jak przystało na ten wyjątkowo dziwny sezon, jego zakończenie też nie było typowe. W pierwotnie wyznaczonym terminie 11.10. wg prognoz pogodowych miało prać żabami, a z kolei termin 10.10. się zwolnił, w związku z odwołaniem zapowiadanych obchodów 110-lecia PTTK w Cieszynie. Nastąpiła szybka wymiana telefonów i sms-ów, podjęcie decyzji i na rynku w tą faktycznie pogodną sobotę pojawiło się coś ponad 30 zamaskowanych osobników na rowerach. Nie był to najazd ani napad, lecz ostatnia w tym sezonie ondraszkowa wyprawa. Traf chciał, że w tym roku wycieczkę inauguracyjną w czerwcu nad jez. Żywieckie, jak i tą dzisiejszą przygotował ten sam wspaniały team Ośka i Bystry, tak więc w ich rękach i głowach była α i Ω sezonu czyli początek i koniec.

Szczególnie serdecznie powitaliśmy dwie urocze rowerzystki z klubu "Gronie" z Tychów. Miały kawał drogi, aby do nas dojechać. Byli też przedstawiciele "Przerzutki" z Zebrzydowic, sporo Ondraszków i sympatyków. Z Cieszyna wyruszyliśmy w dwóch grupach, które na rogatkach miasta się ponownie połączyły. Przez Puńców, Dzięgielów i Bażanowice dojechaliśmy do Goleszowa. Krótki przystanek nastąpił przy zabudowaniach dawnej cementowni. Historię tego miejsca i inne wydarzenia ciekawie opowiedział Ondraszek Henryk Nowak, który jak się okazało pochodzi z Goleszowa i mieszkał tutaj przez wiele lat. Nad jeziorkiem Ton już na nas czekał Robert z Zaolzia, jako jedyny reprezentant Beskidzioków oraz grupka, która przybyła autami Bogusia Biedronka i Niezłomny Józek z mamą. Ogień w grillu już był rozpalony, więc raźno zabraliśmy się za opiekanie przywiezionych kiełbasek. Po zaspokojeniu głodu nastąpiła okazja do wspominania przygód na rowerowych (i nie tylko) szlakach. Pokrótce omówiliśmy też co i jak udało się nam zrealizować w trakcie tego wyjątkowo krótkiego sezonu. Wspomnieliśmy tych, którzy w tym roku odeszli na zawsze, ale też podzieliliśmy się i dobrymi wieściami. W tym m.in. urodzinami piątego wnuka u Afi i Rechtora, ale zarazem pierwszego, który ma na nazwisko Pawlik!. Robert przekazał też co słychać u Bekidzioków oraz opowiedział nieco o planach na przyszły sezon.

Przerywnikiem były nasze beskidzkie pieśniczki, które śpiewaliśmy przy akompaniamencie harmonijki ustnej Gwarka. W tej fajnej atmosferze czas leciał szybko. Wkrótce pożegnały nas rowerzystki z Tychów zapraszając na swoje zakończenie sezonu za tydzień, kolejno opuszczali to urocze miejsce następni biesiadnicy. Brawami podziękowaliśmy organizatorom tej sympatycznej wyprawy, i już indywidualnie ruszyliśmy w drogę powrotną.

W 6 osobowej grupce Jędruś, Apanaczi, Afi, Rechtór, Roztomiło i Miodzio postanowiliśmy pojechać do Cieszyna drogą, której nigdy przedtem nie było, ale i potem już też nie będzie. Otóż tą jednorazową i wyjątkową okazję dały nam aktualnie prowadzone roboty odtwarzające tory kolejowe z Cieszyna do Goleszowa. Stare tory już zdemontowano, lecz nowych jeszcze nie położono, więc jechaliśmy po odtwarzanym nasypie kolejowym. Tym sposobem dotarliśmy do miasta po równym, ale też i po nawierzchni, która miejscami przypominała orne pole po wykopkach. Z tego powodu w Bażanowicach Miodzio z Roztomiłą wrócili jednak na drogę. Było to jednak ciekawe doświadczenie przejeżdżać jak pociąg przez kolejne przystanki: Bażanowice, Cieszyn-Mnisztwo i podjechać pod ul. Bielską kolejowym wiaduktem. Na przejeździe przy ul. Słowiczej nawet auta zatrzymały się przepuszczając nas, jako mających pierwszeństwo na torach!.

Ta nietypowa przygoda skończyła się w okolicach Bobrku, gdzie... napotkaliśmy już świeżo położone tory.

Przejechaliśmy 33 km.

PS. A nazajutrz - w niedzielę, i cały następny tydzień faktycznie prało żabami....

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Paparazzi]

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór - Zbyś