Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/dkoszela/public_html/tkk-ondraszek.pl/templates/champion/functions.php on line 201

Aktualności

RELACJA Z POBYTU CZORNEJ I UNISONO W MAŁOPOLSCE W LIPCU 2020 r.

Czorno

4-10.07.2020 r.

 

RELACJA
Z POBYTU W MAŁOPOLSCE W LIPCU 2020 r.

 

Tak się w czasie pandemii jakoś składa, że znowu wyjechaliśmy, między innymi na rowery. Ale po kolei. Z powodu niebezpieczeństwa zakażenia się cały czas ograniczamy kontakty do niezbędnego minimum, także z rodziną. I wymyśliliśmy, że gdy nasze dzieci wyruszają w Polskę, my jedziemy do nich i mamy niekrępującą i bezkontaktową bazę wypadową. I tak od soboty 4 lipca jesteśmy w Krasieńcu Starym, na obrzeżach Ojcowskiego Parku Narodowego, gdzie parę lat temu wybudował domek Tomek z rodzinką. Rano wypełnialiśmy obowiązki opiekuńcze wobec psa Marwina oraz kotów Layli i Felka a potem... w drogę.

Do Krakowa pojechaliśmy 2 razy, choć celem nie były zabytki klasy "0". Oczywiście ul. Grodzka, Rynek, Kościół Mariacki, Sukiennice, Wawel tylko z zewnątrz, drugim razem Cmentarz Rakowicki, Barbakan i ul. Floriańska oraz rowerowa ścieżka wzdłuż obu brzegów Wisły, ul. Starowiślna i sedno dzielnicy Kazimierz, w tym cztery synagogi, ulice Jakuba i Miodowa, gdzie kiedyś Tomkowie wynajmowali mieszkanie, a teraz my zjedliśmy świetny obiad w restauracyjce "Wasi Sąsiedzi" - polecamy – danie dnia po 26,50 zł – Krakowie! Wracając trafiliśmy na fajną trasę rowerową, trochę pagórkowatą (dzięki Kaszubom niestraszną:)), ale jakże urokliwą. W pewnym momencie jechaliśmy w zielonym tunelu - z krzewów i drzew - trochę przypominającym ubiegłoroczny dojazd do Pragi w trakcie rajdu Jizery.

Pojechaliśmy też w przeciwną stronę – do Ojcowskiego Parku Narodowego, w tym do Pieskowej Skały, a z niej ścieżką rowerową pnącą się oczywiście w górę przez Wolę Kalinowską do Ojcowa, z którego już do domu przez Skałę i ... Winnicę Kresy – prywatną, gdzie matka nieobecnego właściciela opowiedziała nam historię miejsca. Wina niestety drogie... Na koniec, w piątek odwiedziliśmy Modlnicę, a w niej kościółek z drewnianego szlaku architektury małopolskiej z 1553 r. (!), p.w. św. Wojciecha, w którym 17 lat temu Tomek z Asią się pobrali... Znowu górki i zjazdy, przez Giebułtów (kościółek z 1604 r.), a wcześniej zamek w Korzkwi z 1352 r., gdzie obecnie jest hotelik i restauracja, z powodu pandemii jeszcze nie uruchomione, ale na dziedziniec nas wpuszczono.

Podsumowując, na początku pierwszego dnia cieszyłam się sarkastycznie, że jest gorzej niż w Cieszynie, jeśli chodzi o ścieżki rowerowe, ale, stety i niestety, kolejne dni pokazały, że każda z pagórkowatych, złożonych z wielu wiosek gmin bardzo inwestuje w ścieżki, a sam Kraków, to wiadomo... Przejechaliśmy 182 km, głównie tymi ścieżkami lub udostępnionymi dla rowerzystów chodnikami, czasem tylko drogą głównie samochodową, ale krótkie odcinki.

W niedzielę wróciliśmy, bo oczywiście trzeba wybrać prezydenta Polski i prawie na świeżo stwierdzam: Piękna nasza Polska cała – od morza do gór. Szczegóły na zdjęciach.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno

RELACJA Z TRAS KOLEJNEGO SEZONU "ONDRASZKA”, KTÓRY TYM RAZEM NIE ODBYWA SIĘ, JAK ZWYKLE, A TO Z POWODU PANDEMII COVID-19

Czorno

21.04-11.05.2020 r.

 

RELACJA
Z TRAS KOLEJNEGO SEZONU "ONDRASZKA”, KTÓRY TYM RAZEM NIE ODBYWA SIĘ, JAK ZWYKLE, A TO Z POWODU PANDEMII COVID-19.

 

Na początku marca tego roku rozprzestrzeniła się po świecie, w tym w Polsce, epidemia COVID-19, która zamknęła ludzi w domach, wymogła izolację i pokrzyżowała wszystkim wszystko, w tym także, co wcale nie jest najmniej dotkliwe, rekreację grupową. W nas (Czorno i Unisono) najpierw wywołała obawy o nas i nasze dzieci oraz o nasze i ich rodziny. Odizolowaliśmy się na ok. 2-2.5 miesiąca, jak chyba większość ograniczyliśmy wyjścia z domu jedynie do sklepu, na spacer trasą odludną – dobrze, że mieszkamy na peryferiach Cieszyna. Ale, minęła odizolowana Wielkanoc, zaczęło się robić cieplej, władze zezwoliły na zdroworozsądkową, niegrupową rekreację prozdrowotną. Skoro więc zaplanowany i rozpisany na szczegóły sezon "Ondraszka" nie mógł się rozpocząć, postanowiliśmy… sezon "realizować" na własny sposób.

Cóż, wycieczki odbywaliśmy – w zasięgu naszych możliwości wydolnościowych, zakreślając koło z adresu Polna 3, co zresztą prawie pokrywa się z wycieczkami zazwyczaj organizowanymi przez Ondraszkowych przodowników. Nie mamy co prawda Ich zbiorowej pomysłowości, jednak: po zimowej przerwie i przeglądzie rowerów, 21 kwietnia ruszyliśmy w trasy, poznając również nowe dla nas okoliczne drogi i bezdroża, co bijąc się w piersi, ujawniam. Wszystko skrzętnie zapisywałam w naszych książeczkach KOT-owskich (tak, jestem zapisywaczką rodzinną) i chciałam na bieżąco wysyłać na stronę Ondraszka, ale zwykle dzień był za krótki. Więc teraz, w środku niemal sezonu chcę opisać to, co zdziałaliśmy do Zlotu w Chmielnie, który też się nie odbył, ale gdzie... pojechaliśmy mimo to i już opisałam z naszego punktu widzenia (zapraszam – jest osobna relacja).

Celami naszych rajdów były kolejno: parking pod lasem w Dzięgielowie (22 km na dzień dobry), Pogwizdów i las za nim, w tym czerwona ścieżka rowerowa obok chatki pszczelarzy (27 km), Kończyce Wielkie (32 km), Goleszów (33 km), Ochaby, gdzie kupiłam... końskie kostki z żelatyną na moje kolana (42 km), znów Dzięgielów, ale ul. Hażlaską i Al. Piastowską (30km), Ustroń (52 km), znów Pogwizdów - pogwizdowskie stawy wędkarskie (21 km), Zamarski (27 km) i Bażanowice przez Ogrodzoną, gdzie kupiliśmy farbę do odnowienia podłogi tarasu domku na naszej działce (30km). Marian był prócz tego dwa razy na rajdzie samotnym – raz na Tule (38 km), a drugi – w Wiśle (57 km). Z powodu pandemii nie wszędzie zdobyliśmy potwierdzenie naszych wojaży, wywołam więc malutkie zdjęcia z tych tras – książeczka będzie kolorowa!

Tym oto sposobem od 21.04 do 28.05 br., jeżdżąc co 3-4 dni, przejechaliśmy łącznie 310 km (ja) i 405 km (Marian) i rozruszaliśmy się trochę. Wycieczki i świeże powietrze podziałały też zdrowotnie i relaksująco na naszą psychikę, zmęczoną niedobrymi wieściami z kraju i świata.

Uroki naszych cieszyńskich okolic dokumentowaliśmy oczywiście na zdjęciach, do obejrzenia których zapraszam.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno

Relacja ze 60 Zlotu, którego nie było - Czorno i Unisono

Czorno

6-11.06.2020 r.

 

RELACJA
Z TRAS JUBILEUSZOWEGO, 60. OGÓLNOPOLSKIEGO ZLOTU PRZODOWNIKÓW TURYSTYKI KOLARSKIEJ, KTÓRY, JAK I WYBORY PRZYDENCKIE 10 MAJA BR, NIE ODBYWA SIĘ W DNIACH 6.06 – 13.06.2020 R., A TO Z POWODU PANDEMII COVID-19.

 

WSTĘP

W sobotę, 6 czerwca, wyjechaliśmy o 5.42 z Cieszyna, by o 14.00 wjechać do Ośrodka Wczasowego "Krefta" w Chmielnie. Zastaliśmy tu komandora niezlotu, który wydał nam mapy zlotowe. Później przejechaliśmy przez groblę między chmieleńskimi jeziorami Białe i Kłodno i nieopodal na wzniesieniu znaleźliśmy naszą kwaterę u p. Pryczkowskiej, przy ul. Grzędzickiego 22. Rozpakowaliśmy się i trochę ogarnęli, po czym ruszyliśmy "na miasto", na obiad i rekonesans. Obiad, dobry, ale drogi, zjedliśmy w restauracji "Checz Kaszebska" nad jez. Białym. Zrobiliśmy drobne zakupy i wróciliśmy na kwaterę. Prysznic i odpoczynek zakończyłyby dzień, gdyby nie... przyjazd ok. 19.00 Leszka i Włodka Nowaków, którzy tu również wynajęli pokój, a że nie przyjechali Andrzej z Basią, z którymi mieliśmy dzielić kondygnację i kuchnię, gospodyni zakwaterowała Ich... w tym drugim pokoju.

W niedzielę, 7 czerwca postanowiliśmy pojechać na wycieczkę poniedziałkową średnią trasą (na każdy dzień były opracowane 3 wersje o różnej długości i stopniu trudności), co też uczyniliśmy, trochę ją w trakcie modyfikując. Jej przebieg był więc następujący: Chmielno – Reskowo – Cieszenie – Miechucino – Mirachowo (piękny drewniany dwór z 1840 roku, zamieszkały, od lat trzydziestych XX wieku, z przerwą II wojny światowej, własności rodziny Wardenów) – Kamienica Królewska – pięknymi lasami rezerwatu Kurze Grzędy – Kamienicki Młyn – czerwonym szlakiem pieszym przez lasy pętelka – Mirachowo – Strysza Buda (Kaszubski Park Mimiatur minęliśmy – tłumy ludzi...) – Staniszewskie Zdroje – Sianowo (mimo niedzieli zamknięte Sanktuarium MB Sianowskiej Królowej Kaszub) – obrzeżem Kaszubskiego Parku Krajobrazowego – Łapalice – Chmielno. Prosto z trasy wpadliśmy na "bazę" i tu, spotkawszy Paparazziego, uraczyliśmy się capuccino (ja) i piwem (oni) i umówili na wspólną jazdę jutro. Później, na kwaterze zjedliśmy obiadokolację, tanią, bo korzystając z zagotowanej w słoiku (w domu) piersi drobiowej, ugotowanej rano i dojdzionej pod poduszkami kaszy gryczanej oraz surówki z mixtu sałat, rzodkiewki i szczypiorku. A teraz kąpiel, wypoczynek i relacja, którą właśnie kończę.

Dnia 8.06, w poniedziałek, od nocy padało, nasz start przesunęliśmy więc na ok. 12.00. Trasa biegła fajnymi okolicami, jak tu zwykle: jeziorka, jeziora, łąki kwietne, pola, lasy, pagórki i dolinki, które odpłacają "jazdą za darmo" po wcześniejszym wspinaniu się na szczyty i szczyciki. Jechaliśmy przez Zawory, Somonino, Wyczechowo, Goręczyno, gdzie Paparazzi wypatrzył prywatne Muzeum Ziemi Kaszubskiej i Militariów – w nowowybudowanym, nieotynkowanym jeszcze domku jednorodzinnym (w komórce za nim) – z samą kustoszką i bogatymi zbiorami, które Piotr wyfocił bardzo, a ja trochę. Dalej przez Babi Dół, Przyjaźń, Żukowo (kościół i klasztor ponorbertański, Smołdzino – tu nasze drogi rozeszły się ze względu na długotrwałą sesję zdjęciową Piotra :)), Kobysewo i Kartuzy wróciliśmy do Chmielna. Ostatni odcinek drogi był ekstremalny – ostrym upałem czerwonej ścieżki pieszej leśnym wąwozikiem, mokrej i kamienistej. Piotr wracał trochę inaczej, ale też dość wyczynowo w ostatniej fazie. Ale wszyscy daliśmy radę. Kartuzy zostawiliśmy na oddzielną wizytę.

We wtorek, 9 czerwca również z Paparazzim, objechaliśmy środową trasę zlotową. A więc: Zawory, skręt w lewo, drogą obok naszej bazy zlotowej z 2008 r. i nieczynnej teraz smażalni ryb, gdzie wówczas objadaliśmy się, także z Józkiem Lincerem, świetnymi rybami, przez Brodnicę Dolną, Ostrzyce na punkt widokowy na Wieżycy. Powietrze czyste, nakręciłam więc filmik – panoramę okolicy i ruszyliśmy dalej, do Szymbarku. Tu puściutko, turystów brak. Piotr został na solidne zwiedzanie – jeszcze tu nie był, a my ruszyliśmy dalej. Pięknymi widokowo trasami, choć miejscowo błotnistymi drogami polnymi i pomiędzy kałużami to wspinaliśmy, to zjeżdżaliśmy "za darmo" przez Nowe Czaple, Czapielski Młyn, Brodnicę Górną, gdzie w "Złotej Rybce" zjedliśmy baaardzo smaczną zupę rybną i pierogi już całkiem zwykłe. Pogoda słoneczna, choć na długi rękaw, trasa średnia – 53 km. Po kolacji poszliśmy na krótki spacer, gdy zadzwoniła Krysia Pawliczek – o 19.00 możemy obejrzeć Ich kwaterę. Zebraliśmy się więc wartko i... spędziliśmy fajny wieczór przy gitarze (Józek Kożusznik nieoceniony) i śpiewach (duża część ekipy cieszyńskiej na tegorocznym niezlocie).

Czwarty dzień, 10 czerwca – środa – należy zwolnić tempo. Więc my dzisiaj lajtowo – nowobudowaną (w trakcie) ścieżką rowerową wzdłuż drogi nr 211 pojechaliśmy do Kartuz. Tu wiadomo – Katedra Kolegiata z XIV w. z ołtarzem NMP w XVII w., Muzeum Ziemi Kaszubskiej, ładnie zaaranżowany, z dużą ilością zieleni Ryneczek z malowniczymi kamieniczkami wokół, kościół pw. Św. Kazimierza, wyremontowany dworzec PKP. Za powrotem, początkowo tą samą trasą, skręciliśmy do nigdy niezbudowanego do końca, coraz bardziej rozlatującego się i zdewastowanego zamku w Łapalicach. Stamtąd skręciliśmy w lewo, w – nomen omen – ul. Polną i czerwonym szlakiem rowerowym, znowu wśród pól i pięknie obsadzonych kwiatami i krzewami domków przez Boninki dojechaliśmy do Chmielna. Bardzo fajny dzień, i choć niesłoneczny, to i niedeszczowy. Obiadokolację zjedliśmy na bazie, gdzie Paparazzi zrobił też zdjęcie całej grupy, tzn. tych, co się stawili na przystani – było nas 12, więc całkiem nieźle.

W czwartek, 11 czerwca przejechaliśmy tzw. Pętlą jez. Rudnickiego Dolnego, trochę ją wydłużając, by dojechać do Zgorzałego. Chciałam odnaleźć z ciekawości naszą kwaterę agroturystyczną z wczasów w 2004 r.. I odnaleźliśmy ja – u p. Parackiej, która trochę się zmieniła, myślę że na korzyść – zeszczuplała, obcięła włosy, ale dalej uprawia truskawkowe pola i wynajmuje pokoje. Pogadaliśmy trochę, zapraszała nas na kawe, ale w dobie pandemii… podziękowaliśmy i wrócili na trasę. Nuda – znowu malownicze widoki, zadbane wioski i piękna świeża zieleń. Wieczorem krótkie zebranie Zarządu Ondraszka na bazie opóźniło nieco zaplanowane śpiewy. Do blisko 22 jednak pośpiewaliśmy, a potem szybko na kwaterę wypocząć, bo... my z Unisono przenosimy się jutro z rana do Gdańska na drugi tydzień naszych wędrówek po Pomorzu i Kaszubach, mojej opowieści z eskapady pod znakiem koronowirusa będzie więc część druga.

Dalsze dni niezlotu opisze zapewne Rechtór, który tu ściągnął z Jasią i Beatą Szarzec wczoraj wieczorem, ja więc kończę swą opowieść, można obejrzeć szczegóły na zdjęciach – co niniejszym polecam.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno

Wspomnienia ze zlotu, którego nie było! 60 zlot p.t.kol. Chmielno - Kaszuby

Rechtór

11-17.06.2020 r.

 

Wspomnienia ze zlotu... którego nie było!
60 zlot p.t.kol. Chmielno - Kaszuby

 

A miało być tak pięknie... Frekwencja, sądząc z ilości obsadzonych miejsc byłaby rekordowa, bowiem wg danych zamieszczonych na zlotowej stronie internetowej zapisało się ponad 600 uczestników!. Region, bardzo ciekawy do eksploracji spowodowałby więc eksodus całej rowerowej Polski do niewielkiego Chmielna w sercu Kaszub gdyby... Nikt nie był w stanie przewidzieć wypadków, które początkiem marca br. nastąpiły. Wirusowe zawirowania spowodowały, że organizatorzy jeszcze w połowie maja żyli w rozterce, czy odwołać imprezę, czy może jednak uda się ją zrealizować. Jednakże narzucone ograniczenia w branży turystyki spowodowały, że w internecie pojawił się w końcu oficjalny komunikat, że zlotu nie będzie. Aby zapobiec ogólnokrajowej konsternacji oraz wykorzystać to, co już przygotowano, wybrano rozwiązanie salomonowe: zlotu nie będzie, jednakże zaproszenie na Kaszuby pozostaje, co więcej kto zechce tu prywatnie przyjechać otrzyma nawet część świadczeń, w tym mapę proponowanych tras do indywidualnych eksploracji. I to pewnie zadecydowało, że w Chmielnie i okolicach rezydowało w różnym czasie ok. 200 niedoszłych zlotowiczów, w tym silna, bo 18 osobowa drużyna Ondraszka. Można nawet rzec, że byliśmy prawie w komplecie tyle, że w różnym czasie. I choć nie dane nam było się razem spotkać, to już sama liczba robi wrażenie.

W zespole Afi, Rechtór i Szykowno przyjechaliśmy dopiero 10.06., czyli już w połowie niedoszłej imprezy, mieliśmy jednak zamiar zostać nieco dłużej. Pola namiotowego oczywiście nie było, więc trafiliśmy do zamówionego dosłownie w ostatniej chwili pensjonatu "Krystian”. I trafiliśmy bardzo dobrze, bowiem za przyzwoitą stawkę mieliśmy doskonałe warunki. Po sąsiedzku mieszkali już Czorno i Unisono, Włodek oraz Przypon. Z tej radości, już nazajutrz postanowiliśmy dokonać rowerowego rekonesansu objeżdżając wraz z Przyponem dwa najbliższe jeziora tzw. Kółko Raduńskie. Trasa do Ostrzycy wiodła przez małe, lecz urocze wioseczki o dziwnych nazwach m.in. Lampy i Sznurki (pisane dwujęzycznie po polsku i kaszubsku) i wskazała na kilka generalnych spostrzeżeń:

  1. Kaszubski Park Krajobrazowy to niezwykle malownicze połączenie jezior i sporych wzniesień, tak więc całkiem konkretne podjazdy i strome zjazdy nie powinny nikogo dziwić.
  2. Nawierzchnia była przeróżna, zdarzały się i betonowe płyty perforowane, a drogi boczne i leśne to w większej części gruntówki, lecz dało się przejechać.
  3. Wobec mnogości różnych ścieżek i dróżek oznakowanie było bardzo symboliczne, więc dobra mapa była niezbędna.
    13.06. postanowiliśmy dojechać do Trątkownicy i Babiego Dołu obejrzeć wikińskie kurhany. Do spostrzeżeń tego dnia dorzuciliśmy kolejne:
  4. Infrastruktura turystyczna jest mocno rozbudowana, imponuje zwłaszcza sieć nowo powstałych ścieżek rowerowych, pomimo niewielkiego ruchu na towarzyszących drogach.

Po drodze zwiedziliśmy prywatne muzeum sprzętu militarnego w Goręczynie. W ogródku kolo domku jednorodzinnego, w miejscu gdzie inni mają plastikowe krasnoludki, tutaj stały... armaty, co robiło spore wrażenie. Kiedy dojechaliśmy na polanę pośrodku lasu koło Trątkownicy, oglądając starożytne kurhany miałem wrażenie, że już kiedyś tu byłem. Okazało się, że miejsca te były nam już znane ze szlaków zlotu p.t.kol. Wieżyca - Władysławowo, który odbywał się w 2008r. Na pewno jednak wówczas nie byliśmy w pobliskim rezerwacie przyrody "Jar rzeki Raduni" co należało teraz nadrobić. Wg mapy rzeka na odcinku kilku km mocno meandruje na dnie głębokiego jaru, więc wydawało się, że przejazd jej brzegiem oznakowanym szlakiem pieszym, to sama przyjemność. Wkrótce okazało się, że nasza wycieczka w tym miejscu zmieniła się w walkę o przetrwanie. Ścieżka w dużej części wiodąca po stromej skarpie jaru była trudna do przejścia nawet dla pieszych, a tu my jeszcze telepiemy się z rowerami. Drogę co rusz tarasowały dawno powalone drzewa, więc często nasze bicykle było trzeba przenosić dosłownie na rękach. W pewnym miejscu przy szarpaniu się z barykadą powalonych drzew mój rower spikował na dół po stromiźnie i prawie w ostatnim momencie zawisnął na wystającym nad wodą korzeniu. Kiedy po kilku kilometrach mordęgi nadarzyła się okazja wyrwania z tej matni, z ulgą to zrobiliśmy i polnymi drogami dojechaliśmy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Dzierżążno, a następnie fajną leśną ścieżką do Kartuz. Tutaj zwiedziliśmy kościół dawnego zakonu Kartuzów, których program "memento mori" doskonale był widoczny na dachu świątyni przypominający... wieko od trumny. Na koniec leśną drogą przez Kosy i Zawory wróciliśmy do bazy.

Sobota 13.06. była ostatnią okazją do wspólnego wyjazdu ondraszkowej ekipy. W składzie Jędruś, Apananczi, Ośka, Bystry, Roztrzapek, Druhna, Długi, Afi i Rechtór pojechaliśmy malowniczymi bocznymi drogami do Brodnicy Dolnej, przy czym tutaj też zaliczyliśmy "odcinek specjalny" po bezdrożach. Odkryciem dnia był ciekawy wiatrak w Ręboszewie, który nigdy nie mielił zboża, bo był wybudowany jako mini - hotel położony na sporym wzniesieniu, z pięknym widokiem na okolicę. Dodatkowo, już indywidualnie dojechaliśmy do współczesnego zamku w Łapalicach. Jest to wspaniały przykład rozhukanych aspiracji pewnego bogatego rzemieślnika z Gdańska, który w latach 80-tych XX w. na podstawie pozwolenia budował domek jednorodzinny z pracownią artystyczną, a wyszedł mu zamek z kilkoma tyś. m2 powierzchni i 12 wieżami. Niestety finansowo go brakło, więc prace przerwano i niedokończony zamek do dziś straszy w okolicy, stając się przy okazji nietypową atrakcją turystyczną.

Pożegnalny wieczór, podobnie jak i w poprzednie spędziliśmy przy akompaniamencie nieodzownego Józika z gitarą oddając się chóralnym śpiewom, co jak wszyscy wiedzą, wychodzi nam rewelacyjnie.

14.06. Pożegnaliśmy wracających już do domu Ondraszków i korzystając z nadal rewelacyjnej pogody w dwójkę (Afi i Rechtór) wrzuciliśmy rowery na auto i pojechaliśmy do pobliskiej Gdyni (to tylko ok. 60 km!). Auto zostało na Redłowskiej Kępie, a my zjechaliśmy ze sporej stromizny na poziom morza i niebawem na gdyńskie molo. Przeszliśmy niespiesznym spacerkiem podziwiając zacumowany komplet polskich żaglowców oraz okręt-muzeum ORP "Błyskawica”, i wzięliśmy kurs na Gdańsk. Najpierw było się trzeba wspiąć się z powrotem na skarpę, aby zjechać z niej po przeciwnej stronie do Orłowa, i dalej przez Sopot docelowo do Nowego Portu w Gdańsku. Jechaliśmy w dużej części blisko morskiego brzegu, słysząc szum fal i dorzucając kolejne spostrzeżenie:

  1. Ścieżki rowerowe w Trójmieście są rewelacyjne. W dużej części dwukierunkowe i rozdzielne od ruchu pieszego. Na obu panował spory ruch. Strach pomyśleć, jak tu wygląda w pełni sezonu, który dopiero przed nami.

W Nowym Porcie obserwowaliśmy rozładunek potężnych kontenerowców, widzieliśmy też kapitanat, latarnię morską i pomnik na Westerplatte po drugiej stronie kanału. Pierwotny zamiar dojazdu do centrum miasta wobec konieczności powrotu do Gdyni musieliśmy zweryfikować. Tą samą rowerową magistralą dotarliśmy z powrotem do Sopotu, przeszliśmy przez centrum kurortu (warto było zobaczyć "Krzywy Domek”) i już inną ścieżką dojechaliśmy do zaparkowanego auta, a późnym wieczorem do naszego pensjonatu.

15.06. Postanowiliśmy dać odetchnąć bicyklom, więc wykorzystując auto zwiedziliśmy to, czego nie udało się dotychczas zobaczyć. A więc w skrócie telegraficznym: Katedrę w Kartuzach (tym razem nieco dokładniej), kościół MB Królowej Kartuz w Sianowie (Matka Boska czekała na nas w odsłoniętej mensie ołtarza), Park Miniatur w Stryszej Budzie (czuliśmy się jak Guliwery w świecie Liliputów, bowiem z tej perspektywy zobaczyliśmy zabytki światowe, polskie i lokalne, całkiem ładnie wyeksponowane), kościół i ołtarz Papieski w Sierakowicach (dzięki temu, że widzieliśmy ich miniatury w Parku), kościół, starówkę i muzeum amerykańskich starych samochodów w Kościerzynie (intrygujące muzeum oparte na zbiorach prywatnych). Zdobyliśmy też najwyższy szczyt w okolicy - Wieżycę (342 m npm), a na zakończenie odwiedziliśmy Szymbark z najdłuższą deską oraz domkiem postawionym na opak.

16.06. W ostatni dzień naszego pobytu postawiliśmy na rowerową eksplorację Gdańska, czego ostatnio nie udało się zrealizować. Autem podjechaliśmy do Gdańska Oliwy. Auto pozostało w cieniu bazyliki, a my po jej zwiedzeniu (trafiliśmy nawet na próbę słynnych ruchomych organów przed zapowiadanym koncertem) pojechaliśmy w kierunku centrum. I tutaj znów pokłon w stronę władz lokalnych, że myślą o rowerzystach. Cały czas jechaliśmy ścieżką dedykowaną rowerom, więc spory ruch na towarzyszącej nam wielopasmowej drodze wcale nie przeszkadzał. Dojechaliśmy w ten sposób do gdańskiej stoczni, pod budynek ze słynną salą BHP, gdzie wszystko się zaczęło. Wewnątrz była ekspozycja o historii stoczni (mającej początki jeszcze za czasów Cesarskich Niemiec). Na planszach, dioramach i modelach przedstawiono też jej powojenne dokonania, początek ruchu Solidarności. Można było też zobaczyć oryginalne wyposażenie sali z momentu podpisywania Porozumienia. Zachęceni przez obsługę postanowiliśmy odszukać wystawę poświęconą Annie Walentynowicz, od której zaczął się cały ruch oporu przeciw władzy. Objechaliśmy stocznię prawie dookoła stwierdzając, że:

  1. Młodzi ludzie pracując w kolebce Solidarności nie znają jej historii - nikt z pytanych nie potrafił wskazać słynnej bramy, gdzie wystawiono 21 postulatów. Historyczne budynki i otoczenie sprawiają przykre wrażenie, zaniedbane, odrapane z koślawymi drogami. Cześć wyburzono, i pozostały po nich puste, zarośnięte zielskiem place.

Trafiliśmy na dwie wystawy: o p. Annie, ikonie Solidarności oraz zgromadzonych przez pasjonatów rzeczy codziennego użytku z epoki PRL-u (pamiętamy je doskonale z autopsji). Na koniec trafiliśmy pod słynną bramę z portiernią (obecnie są wpisane do rejestru zabytków), gdzie stoi też potężny pomnik solidarnościowego zrywu. Następnie objechaliśmy dookoła nieodległe nowe Muzeum II Wojny Światowej. Jego wielgachna bryła, przypominająca kopnięty graniastosłup wystaje wysoko nad powierzchnię terenu i stanowi dość dziwną dominantę całej okolicy. Dojechaliśmy w końcu nad brzeg Motławy. Prowadząc rowery przeszliśmy całe nabrzeże, zobaczyliśmy urocze zakątki gdańskiej starówki i jej zabytki. Mieliśmy też zamiar dojechać na Westerplatte, ale po drodze było go trzeba zweryfikować i zawrócić, aby zdążyć dojechać do auta przed zmrokiem. Zaliczyliśmy jeszcze późny obiad (najtańszy w całej wyprawie, bo barze mlecznym) i korzystając ze ścieżek rowerowych dotarliśmy do miejsca startu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po parkingu, u stóp bazyliki truchtała rodzinka... dzików: rodzice z trojgiem warchlaków, do tego w asyście policji schowanej w radiowozie. Pewnie, jak i my, też wybrały się na wycieczkę do miasta. Późnym wieczorem dotarliśmy z powrotem do Chmielna.

Nazajutrz pozostało nam już tylko wielkie pakowanie i przeszło 600 km-wy powrót do Cieszyna.

Podsumowując wyprawę jesteśmy co do tego zgodni, że warto było przyjechać na zlot, którego nie było. Oczywiście brakowało nam spotkań z rowerowymi przyjaciółmi z całej Polski, ale pozostała jednak eksploracja ciekawych miejsc, kontemplacja pięknych widoków, spotkań z kaszubską fauną i florą, a to wszystko przy sprzyjającej pogodzie.

Swój urok miały też spotkania wśród naszej Ondraszkowej braci, bowiem z wirusowych powodów musieliśmy odwołać wszelkie zaplanowane dotychczas imprezy i wycieczki.

Przejechaliśmy łącznie ok.200 km.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór - Zbyś

Na Rowerze i pod Żaglami, Zarzecze 27 - 28.06.2020 r.

Rechtór

27-28.06.2020 r.

 

Na Rowerze i pod Żaglami
OTWARCIE 54 SEZONU KOLARSKIEGO
Zarzecze 27-28.06.2020r.

 

Kiedy pod koniec ubiegłego roku układaliśmy plan turystycznej aktywności Ondraszka na rok 2020, nikt z nas nie przypuszczał, że pierwszą i na długi czas ostatnią wycieczką z kalendarzowych propozycji był... Noworoczny spacer rowerowy. Ogólnoświatowe problemy z wirusem zamieszały też i w ondraszkowym ogródku, więc po kolei wszystkie propozycje byliśmy zmuszeni odwoływać. Ostatecznie (nomen-omen !!) poz. 13 doczekała się swojej realizacji. Tak więc cz. III cyklu wycieczek "Na rowerze i pod żaglami" automatycznie stała się pierwszą zrealizowaną kalendarzową propozycją klubu po ustalonej dacie otwarcia sezonu, czyli de facto 54 SEZON KOLARSKI OTWARTO NAD JEZIOREM ŻYWIECKIM.

Stało się to w ośrodku żeglarskim "Perkoz" znanym z poprzednich spotkań z tego cyklu. W tym historycznym momencie, nie mającym precedensu w całej Ondraszkowej historii udział wzięli: Ośka i Bystry - szefowie wyprawy, Olo, Gwarek, Afi i Rechtór, Śmig i gitarzysta Józio. W tym składzie spotkaliśmy się już w piątek 26.06. wieczorem, przy inauguracyjnym ognisku szlifując nasze piosenkarskie umiejętności. Oprócz Józika na gitarze akompaniował na przy tym deszcz. Na szczęście ognisko miało własny daszek, więc deszcz specjalnie nam nie przeszkadzał. Około północy my skończyliśmy, a deszcz wręcz przeciwnie. W towarzystwie piorunów i grzmotów ściana wody z krótkimi przerwami tak waliła o wątłe daszki naszych domków, że mieliśmy obawy, że w końcu z nich wypłyniemy. Uspokoiło się dopiero nad ranem. Sobota okazała się prawdziwym oknem pogodowym. Do towarzystwa w międzyczasie dołączyli Jakub (z Łodzi) i Mariusz (z Gliwic) obaj żeglarze, więc zajęli się ochędożeniem naszej żaglówki. Ośka i Bystry na porannej odprawie ujawnili cel dzisiejszej rowerowej części wyprawy. Była to Góra Matyska, gdzie w Roku Milenijnym wybudowano monumentalną Drogę Krzyżową. Wskoczyliśmy zatem na rowery i ochoczo pomknęliśmy w kierunku Lipowej. Aby tam dojechać musieliśmy się jednak nieźle napocić, gdyż miejscowość ta leży na sporym wzniesieniu opodal Skrzycznego. Zasapani dojechaliśmy do centrum. Po kawowej przerwie w miejscowej gospodzie ruszyliśmy do wsi Radziechowy, gdzie pierwszą Stację "Sąd Piłata" napotkaliśmy już bezpośrednio przy drodze. Stąd na szczyt góry było jeszcze ok.1 km. Jadąc i idąc na przemian napotykaliśmy kolejne Stacje. Trzeba przyznać, że postaci w nich, o nadnaturalnej wielkości zostały bardzo sugestywnie przedstawione. Dotarliśmy w końcu na szczyt przyozdobiony ogromnym, kilkunastometrowym krzyżem, a nagrodą był wspaniały dookolny widok na całą kotlinę żywiecką obramowaną górskimi szczytami, z których wyróżniała się w oddali dostojna sylweta Babiej Góry. Na horyzoncie widać było też i zalew żywiecki, gdzie musimy wrócić. Droga powrotna była wielką przyjemnością, bowiem aż do Wieprza prowadziła z górki. Po obiadowej przerwie w przydrożnym barze przez Żywiec i Pietrzykowice wróciliśmy do bazy. "Na rowerze" już było, więc teraz przyszedł czas na "pod żaglami". Na żaglówkę, którą dowodził Jakub zaokrętowali się: Olo, Gwarek, Afi i Rechtór. Najważniejsza funkcja po kapitanie przypadła Afi, która jak chwyciła rumpel od steru, do końca rejsu go nie wypuściła, odkrywając w sobie nieodkryty dotychczas talent. Wiatr dmuchał dość mocno, więc uwijaliśmy się mocno ciągnąc "te wszystkie sznurki od tych szmat". Opłynęliśmy akwen dookoła, niestety potem, prawie na środku jeziora wiatr "zdechł". Aby dopłynąć od przystani było trzeba się chwycić za pagaje, w czym z kolei utalentowanym okazał się Olo.

Podsumowanie tego pełnego wrażeń dnia odbyło się na wieczornym ognisku. Akompaniament muzyczny też był rozbudowany, bowiem do gitarzysty Józika dołączył też Andrzej, a Gwarek przytaszczył nawet "keyborda". W takim zestawie daliśmy prawdziwy koncert pieśni "wszelijakich" (prawdopodobnie) wzbudzając podziw pozostałych mieszkańców ośrodka. A, że wtedy czas płynie szybko, więc nie wiedzieć kiedy zrobiło się późno - lub wcześnie, zależy jak na to spojrzeć. Na zakończenie, już nad ranem przysłano nam następną porcję deszczu w akompaniamencie piorunów, czego jednak nie wszystkim dane już było usłyszeć. Za to niedzielny poranek przywitał nas piękną pogodą. Niedziela to już czas powrotów, więc po śniadaniu cześć ekipy zajęła się pakowaniem, ale druga cześć, korzystając z możliwości powtórzyła jeszcze udany rejs z dnia wczorajszego.

Należy stwierdzić, że choć długo czekaliśmy aby sezon otworzyć, było warto bowiem była to impreza nad wyraz udana, w czym duża zasługa prowadzących. I oby tak dalej!

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór-Zbyś