Aktualności

Z rowerową wizytą u sąsiadów - dookoła Bielska- Białej cz.I (2020 r.)

Rechtór

19.07.2020 r.

 

Z rowerową wizytą u sąsiadów - dookoła Bielska- Białej cz.I (2020 r.)

 

Nasz "zamiejscowy" Ondraszek Włodek Nowak tym razem postawił przed sobą nader ambitne zadanie. Otóż wymyślił, że objedziemy Bielsko-Białą wzdłuż jego granic administracyjnych!. Jako, że jest to wielkie miasto toteż podzielił wyprawę na dwie części. Aby uczestnicy czuli się dowartościowani Włodek opracował specjalną kartę potwierdzeń do zbierania pieczątek po trasie, a finalnie na jej podstawie otrzymamy specjalną odznakę. Niebywałe!

W miejscu startu, tradycyjnie koło dworca PKP o godz. 9.00 zebrało się 16 uczestników: Ondraszków i rowerowa reprezentacja miejscowych pań. Wymieniliśmy serdeczne powitania (z wirusowych powodów z niektórymi Ondraszkami widzieliśmy się pierwszy raz w tym roku!), prowadzący Włodek objaśnił atrakcje dnia, rozdał karty potwierdzeń i ruszyliśmy bocznymi drogami w kierunku Komorowic. Mnie przypadł obowiązek "czerwonego światełka”, więc wlokąc się na końcu kolumny z Śmieszkiem komentowaliśmy jego niedawny wypadek na rondzie, po którym trafił do szpitala. Z konkluzją, że trzeba uważać właśnie wjechaliśmy na rondo, a zaraz za nami auto. Chcąc się nieco usunąć zjechałem bliżej środka ronda, najechałem na lekko wyniesiony skośny krawężnik i ... bęc, już leżałem rozciągnięty na drodze. Efekty: otarcia kolana i rozbite lusterko. A ledwie co powiedzieliśmy żeby uważać!

Naszym zadaniem po trasie było zebranie pieczątek w wyznaczonych kościołach. W polowaniu na pieczątki z racji długiego i bogatego doświadczenia przodował Olo z Juniorkiem, a reszta towarzystwa skwapliwie też podsuwała swoje karty. Księża których dopadliśmy machali pieczęciami jak urzędnicy na poczcie, i dziwowali się naszemu zainteresowaniu w zbieraniu potwierdzeń. Życzliwie jednak nie protestowali. Włodek prowadził nasz peletonik fajnymi bocznymi i widokowymi drogami i wkrótce w kartach pojawiły się pieczęcie kościołów w Komorowicach, Hałcnowie i Kozach. Tutaj w umówionym wcześniej trzygwiazdkowym hotelu - restauracji nastąpiła zapowiedziana dłuższa przerwa na małe jedzonko. Podzieliliśmy się spontanicznie i dobrowolnie na dwa zespoły: jeden w pomieszczeniu "fullwypas" na piętrze "wrzucał na ruszt" zamówione potrawy, a drugi na zewnątrz pilnował rowerów, bazując na własnych kanapkach😃.

Dobrze jednak, że coś zjedliśmy, bo prawdziwe schody były dopiero przed nami. Najpierw dojechaliśmy do Lipnika (pieczątka), a później wjechaliśmy / wyszliśmy na spore wzniesienie, aby z niego zjechać i wjechać / wyjść na kolejne. I tak parę razy, bowiem jechaliśmy u podnóży Beskidu Małego i Magury. Za to wartością dodaną była piękna panorama Bielska i okolic, którą po drodze podziwialiśmy, a bonusem był finalny dłuuugi zjazd do Straconki (tutaj pieczątkę wobec absencji księdza dostaliśmy u barmana w miejscowej gospodzie). Teraz nastąpił czas zwiedzania dolin - zjechaliśmy pięknym Bulwarem Młodości nad Białkę i docelowo do Mikuszowic Krakowskich do pięknego drewnianego kościółka św. Barbary (tutaj pieczątka - już ostatnia). Trafiliśmy też na uroczystość ślubną, więc kościół był otwarty. Mieliśmy zatem okazję podziwiać nie tylko piękną młodą parę, ale i przestudiować dość drastyczne polichromie przedstawiające męczeństwo św. Barbary namalowane bezpośrednio na drewnianych ścianach kościelnej nawy.

W dalszej drodze, wykorzystując ścieżki rowerowe wmontowane w nowoczesny układ komunikacyjny dróg wyjazdowych prowadzonych po estakadach nad naszymi głowami, wzdłuż rzeki Białki dojechaliśmy do nowej miejskiej atrakcji - plaży ulokowanej nad brzegiem rzeki, w sporym parku. Była to platforma wyniesiona nieco ponad teren, na której zamontowano na stałe drewniane wygodne leżaki. Po pełnych koszach na śmieci (niestety) widać, że miejsce to jest znane i odwiedzane przez plażowiczów. My też skorzystaliśmy i trochę podreptaliśmy w dość zimnej wodzie, ale z jednym wyjątkiem. Jedna z naszych uczestniczek wpakowała się do wody od razu po szyję (jakiś "mors" chyba 😊). Beztroskie pluskanie zakończył prowadzący Włodek trąbiąc na odwrót. Jadąc ścieżką rowerową wzdłuż wielopasmowej drogi wylotowej na Szczyrk, i następnie nieco klucząc po centrum ok. 16.00 dojechaliśmy finalnie do miejsca startu.

Tym sposobem po przejechaniu ok. 45 km zakończyła się dzisiejsza wycieczka, której ciąg dalszy zgodnie z zapowiedzią prowadzącego, nastąpi w roku przyszłym. Należy podkreślić, że szef wycieczki Włodek starannie ją przygotował, za co zebrał zasłużone gratulacje. Co ważne: uzgodnił nawet z wyższymi czynnikami, że cały czas było ciepło i słonecznie, a zapowiadane w prognozach burze zostały przesunięte na wieczór.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór - Zbyś

Z TRAS ROWEROWYCH WCZASÓW CZORNEJ I UNISONO W GDAŃSKU W DNIACH 12-19.06.2020 R.

Czorno

12–19.06.2020 r.

 

RELACJA
Z TRAS ROWEROWYCH WCZASÓW CZORNEJ I UNISONO W GDAŃSKU
W DNIACH 12–19.06.2020 R.

 

W piątek, 12 czerwca, pożegnaliśmy naszych gospdarzy w Chmielnie i pojechaliśmy do Gdańska, na drugą część naszych wojaży pomorskich, wykorzystując fakt przebywania w dość odległej od Cieszyna części Polski. Ponieważ kwatera miała być wolna dopiero ok. 15, zaparkowaliśmy w pobliżu starówki gdańskiej, by jej trochę liznąć na początek, przypomnieć sobie miejsca, w których byliśmy parę lat temu. Przemieszczaliśmy się dość ostrożnie, jest tu bowiem znacznie więcej ludzi, niż w Chmielnie, a pandemia trwa. Na początek weszliśmy do Centrum Informacji Turystycznej naprzeciw starego, zabytkowego Ratusza, gdzie... powitał nas jeden z organizatorów zlotu w Chmielnie. Miał długie kręcone bokobrody, wyglądał dość ekscentrycznie i elegancko jednocześnie, przekazał nam mapy rowerowe Gdańska i okolic, ubolewając, że nie mogli zorganizować zlotu z rozmachem na jubieuszowy należnym, ani w ogóle żadnego i przepraszając, że tak to wyszło, a przecież nie z Ich winy – wszystkiemu przeszkodziła epidemia. Gdy po pół godzinie wróciłam, by się z Nim sfotografować, już Go jednak nie zastałam... Omietliśmy na dzień dobry sedno Starówki: ul. Długą i Długi Targ; chyba jeszcze wypiękniały, deptak wzdłuż Motławy ukwiecony i przyjazny dla odwiedzających zapraszał do kawiarni i stoisk z bursztową biżuterią, Wyspa Spichrzowa, zabudowana w dużej mierze apartamentowcami, jest też miejscem budowy, ale w jej obrębie można zobaczyć jeszcze resztki starej ceglanej budowli... Może ją wtopią w to coś, co powstanie? Odpoczywając przysiedliśmy w kawiarence w pobliżu Złotej Bramy na kawie, a później już ruszyliśmy samochodem do dzielnicy Jelitkowo, na naszą nową kwaterę w Villi Krystyna. Był to apartament z łazienką, wnęką kuchenną i wyjściem do miniogródka z rzeźbą zamyślonej kobiety, którą narysowałam w wolnych popołudniowych chwilach przed wieczornymi spacerami po plaży.

W sobotę, 13 czerwca, kiedy to przypadła 97. rocznica urodzin mojego śp. Taty, tuż po śniadaniu wyruszyliśmy na objazd Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, do którego wcześniej dojechaliśmy rowerową ścieżką nr 10 przez Sopot. Park jest bardzo naturalistycznie utrzymywany, ścieżki rowerowe i szlaki piesze są naturalnej, jednak utwardzonej nawierzchni, oznakowanie ich jednak nam, nowicjuszom nie ułatwiło dotarcia do niektórych miejsc, które wybraliśmy do "zaliczenia”, za to trafiliśmy przypadkowo do innych, równie chyba ciekawych. Bardzo mi się podobał rezerwat Kacze Łęgi – nie spodziewałam się w tej okolicy bagiennych rozlewisk, roślinności tak soczyście zielonej i bujnej, ale i zwalonych, butwiejących pni – tu nabrałam nadziei, że susza nie dopadnie całego bez wyjątku kraju... A zaraz trzeba się było wspinać pod górę, bo teren TPK jest mocno pofałdowany. Wracając nie oddalaliśmy się prawie od wybrzeża, co w pewnym momencie oznaczało, że prowadziliśmy, a dobrą chwilę nawet nieśliśmy rowery po piaszczystej, a potem kamienistej plaży redłowskiej. Bardzo fajnie, a trochę męcząco spędziliśmy ten dzień, przejechaliśmy 62 km, nie spotykając wielu ludzi, a jeszcze prawie na początku przemieszczając się po placu przed sopockim molo Marian wypatrzył jednego z lepszych libero polskiej siatkówki (parę lat temu) – Krzysztofa Ignaczaka, z którym i za którego zgodą Go wyfociłam. W drużynie ok. 2-metrowych siatkarzy wyglądał zawsze na niskiego, tymczasem nad Marianem górował o głowę...

Nie opisując w szczegółach każdego dnia można skwitować, że nasz czas nad Zalewem Gdańskim w większości zabrał... Gdańsk – byliśmy jeszcze 2 razy, najpierw na Starówce, gdzie zwiedziliśmy Stary Ratusz, Dwór Artusa, Muzeum II Wojny Światowej (trochę niedosyt miałam, choć architektura, a zwłaszcza ta mała naokoło, z dużą ilością krzewów i kwiatów oraz łąką kwietną na zboczach koryta przyległej rzeki (Motławy?) bardzo ciekawa), Europejskie Centrum Solidarności tylko z zewnątrz – w tym dniu nie było czynne oraz historyczną bramę Stoczni, przez którą nikt jednak nie chce skakać, a czas po temu najwyższy. Innego dnia pojechaliśmy na Westerplatte, a trzeba tam dotrzeć okrążając całe ujście Martwej Wisły i rozległe nabrzeża portowe. Obejrzeliśmy pomnik górujący nad okolicą, muzeum w wartowni nr 1 i plenerowe wystawy, cmentarzyk żołnierzy z pierwszych dni września 1939r., na którym w dniu 1 września 1971 r. złożono prochy zmarłego w 1946 r. w Neapolu Mjr. Henryka Sucharskiego, dowodzącego obroną Westerplatte po wybuchu wojny w 1939r. Wracając wstąpiliśmy do Twierdzy Wisłoujście – oprócz fortu i wieży udostępnionych do zwiedzania, widać po drodze jeszcze inne elementy twierdzy, jednak nie zbaczaliśmy z trasy, bo tu też mokro i dziko naokoło. Innego dnia pojechaliśmy zwiedzić Gdynię, w tym Oksywie i tutaj dopiero zaskoczenie: Gdynia jest rozległym, położonym na wielu wzgórzach miastem, czego będąc tu w czasie zlotu Wieżycy nie zauważyłam jakoś. Dojechawszy do mola w Gdyni (którego ciekawostką było darmowe wejście na nie, podczas gdy na sopockie można wejść dopiero po kupieniu biletu za 9 zł/osoby..) naszły nas wątpliwości, czy wyłączyłam kuchenkę po ugotowaniu chłodnika z botwinki... Zostałam więc sobie w okolicach mola, a Marian popędził z powrotem, jak się okazało, niepotrzebnie. Choć straciliśmy ok. 1 godziny, to i tak wspięliśmy się na jedno z osiedli gdyńskich wzgórzach, by... zjechać leśną ścieżką rowerową na deptak wzdłuż plaży i ścieżkę rowerową. Dalej, zdobywszy "przedmurza" dzielnic Grabówek, Chylonka, potem obrzeża Portu Gdyńskiego dotarliśmy przez Obłuże do Kępy Oksywskiej - cały czas ścieżkami rowerowymi! Hitem była jednak środa, kiedy to wcześnie rano wyruszyliśmy na rowerach do Gdyni-Portu, kupiliśmy bilety na katamaran Agat i popłynęliśmy do Helu na Hel, gdzie w krótkim pobycie sprawdzającym (byliśmy tutaj na ostatnich wczasach z naszymi synami – po Tomkowej Maturze w 1996 r.) cypel Helu, w tym jego plaże, ustaliliśmy, że zmienił się on bardzo. Na części terenów wówczas niedostępnych, bo wojskowych, są wytyczone 2 turystyczne ścieżki militarne i plaża w dużej mierze dostępne dla wczasowiczów, nawet jest wybudowana drewniana ścieżka nad wydmami i punkt widokowy. Nie zwlekając zbytnio wyruszyliśmy w drogę powrotną. Wiodła nas przepięknie usytuowana ścieżka rowerowa R10 – przez cały półwysep Helski, a później wzdłuż brzegu zatoki Gdańskiej, bliżej lub dalej od plaży, pośród dosłownie łanów kwitnących dzikich róż. Zatrzymaliśmy się: w Rzucewie, by zrobić parę zdjęć, w Pucku na zupę rybną i kawę w restauracyjce na wyłączonym z połowów kutrze oraz szybki rzut okiem na Rynek, do kościoła farnego z XIV-XV w. oraz pod pomnik gen. J. Hallera upamiętniający zaślubiny Polski z Morzem z 10.02,1920r., trochę zwolniliśmy tempo przejeżdżając przez olbrzymi obszarowo oraz różnorodny roślinnie i "ptakowo" rezerwat przyrody "Beki”, gdzie wg spotkanych tam dwóch przyrodniczek zobaczyliśmy... warzęchę, bardzo rzadkiego ptaka i rozłączyliśmy się w Gdyni. Marian ruszył ostro do "naszego" baru mlecznego na obiad i po obiad dla mnie, a ja spokojnie dojechałam na kwaterę, by po chwili zajadać żeberka z kapustą (pyszne) i na deser racuchy z jabłkami (pyszne). W nogach mieliśmy 108 km (Marian) i 116 km (ja – trochę pokluczyłam w śródmieściu Gdyni...), więc to nasz (mój na pewno) rekord życiowy, tym cenniejszy, że w takich pięknych okolicznościach przyrody. Mało nam zostawało czasu, ale oczywiście plażowaliśmy też i spacerowaliśmy wzdłuż brzegu, Marian rejestrował wschody słońca, a ja jego zachody. Spędziliśmy piękny czas, także pogodowo, ale przede wszystkim oglądając piękno, naturę i różnorodność przyrody oraz piękno zrewitalizowanych zabytków i nowoczesność budowli powstających od nowa. I oczywiście podziwialiśmy ilość oraz rozwiązania ścieżek rowerowych i ich powiązanie z pozostałymi rodzajami komunikacji, o których w cieszyńskim możemy pomarzyć jeszcze długo...

Kończę swą opowieść trochę rozmarzona, ale nie tracąc czujności: w okresie Gdańska przejechaliśmy 324 km, a w okresie Chmielna 251 km, co razem daje palindromiczną liczbę 575km. Zapraszam do obejrzenia zdjęć potwierdzających, jak sądzę, moje opowieści.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno

 

PS

Nawiązując do Rechtórowej relacji z Chmielna uprzejmie donoszę, że w trakcie 48. zlotu w Wieżycy-Władysławowie, w dniu 18 maja 2008 r. trasa wiodła przez Jar Raduni. Oczywiście, jeżeli ktoś jechał z przewodnikiem organizatora. My - debiutujące "osoby towarzyszące przodownikom" tak robiliśmy wówczas, a i przeważnie zawsze później. Pamiętam i potwierdzam, że ścieżka wzdłuż Raduni była hardkorowa, leżały połamane gałęzie, przechodziliśmy przez dziurawy i chybotliwy mostek, jednak był to w tym fragmencie rajd pieszy - rowerów strzegli nam organizatorzy. Tytułem wspomnienia kilka zdjęć też załączam.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Czorno na bis

RELACJA Z POBYTU CZORNEJ I UNISONO W MAŁOPOLSCE W LIPCU 2020 r.

Czorno

4-10.07.2020 r.

 

RELACJA
Z POBYTU W MAŁOPOLSCE W LIPCU 2020 r.

 

Tak się w czasie pandemii jakoś składa, że znowu wyjechaliśmy, między innymi na rowery. Ale po kolei. Z powodu niebezpieczeństwa zakażenia się cały czas ograniczamy kontakty do niezbędnego minimum, także z rodziną. I wymyśliliśmy, że gdy nasze dzieci wyruszają w Polskę, my jedziemy do nich i mamy niekrępującą i bezkontaktową bazę wypadową. I tak od soboty 4 lipca jesteśmy w Krasieńcu Starym, na obrzeżach Ojcowskiego Parku Narodowego, gdzie parę lat temu wybudował domek Tomek z rodzinką. Rano wypełnialiśmy obowiązki opiekuńcze wobec psa Marwina oraz kotów Layli i Felka a potem... w drogę.

Do Krakowa pojechaliśmy 2 razy, choć celem nie były zabytki klasy "0". Oczywiście ul. Grodzka, Rynek, Kościół Mariacki, Sukiennice, Wawel tylko z zewnątrz, drugim razem Cmentarz Rakowicki, Barbakan i ul. Floriańska oraz rowerowa ścieżka wzdłuż obu brzegów Wisły, ul. Starowiślna i sedno dzielnicy Kazimierz, w tym cztery synagogi, ulice Jakuba i Miodowa, gdzie kiedyś Tomkowie wynajmowali mieszkanie, a teraz my zjedliśmy świetny obiad w restauracyjce "Wasi Sąsiedzi" - polecamy – danie dnia po 26,50 zł – Krakowie! Wracając trafiliśmy na fajną trasę rowerową, trochę pagórkowatą (dzięki Kaszubom niestraszną:)), ale jakże urokliwą. W pewnym momencie jechaliśmy w zielonym tunelu - z krzewów i drzew - trochę przypominającym ubiegłoroczny dojazd do Pragi w trakcie rajdu Jizery.

Pojechaliśmy też w przeciwną stronę – do Ojcowskiego Parku Narodowego, w tym do Pieskowej Skały, a z niej ścieżką rowerową pnącą się oczywiście w górę przez Wolę Kalinowską do Ojcowa, z którego już do domu przez Skałę i ... Winnicę Kresy – prywatną, gdzie matka nieobecnego właściciela opowiedziała nam historię miejsca. Wina niestety drogie... Na koniec, w piątek odwiedziliśmy Modlnicę, a w niej kościółek z drewnianego szlaku architektury małopolskiej z 1553 r. (!), p.w. św. Wojciecha, w którym 17 lat temu Tomek z Asią się pobrali... Znowu górki i zjazdy, przez Giebułtów (kościółek z 1604 r.), a wcześniej zamek w Korzkwi z 1352 r., gdzie obecnie jest hotelik i restauracja, z powodu pandemii jeszcze nie uruchomione, ale na dziedziniec nas wpuszczono.

Podsumowując, na początku pierwszego dnia cieszyłam się sarkastycznie, że jest gorzej niż w Cieszynie, jeśli chodzi o ścieżki rowerowe, ale, stety i niestety, kolejne dni pokazały, że każda z pagórkowatych, złożonych z wielu wiosek gmin bardzo inwestuje w ścieżki, a sam Kraków, to wiadomo... Przejechaliśmy 182 km, głównie tymi ścieżkami lub udostępnionymi dla rowerzystów chodnikami, czasem tylko drogą głównie samochodową, ale krótkie odcinki.

W niedzielę wróciliśmy, bo oczywiście trzeba wybrać prezydenta Polski i prawie na świeżo stwierdzam: Piękna nasza Polska cała – od morza do gór. Szczegóły na zdjęciach.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno

XV Rowerowa pielgrzymka na Jasna Górę

Rechtór

9-11.07.2020 r.

 

XV Rowerowa pielgrzymka na Jasna Górę

 

Rok 2020 jest pełen niespodzianek. Ostatnio uczestniczyliśmy w zlocie na Kaszubach, który odwołano, a opisywanego wydarzenia z kolei nie było w naszym kalendarium na ten sezon. Nawet propozycja wpłynęła do nas nietypowo. Otóż w trakcie niedawnej wycieczki "Na rowerze i pod żaglami" nieoczekiwanie odebrałem sms-a od ks. Jerzego Grochowskiego - moderatora rowerowych pielgrzymek na Jasną Górę. Ksiądz napisał wprost - przyjedźcie, więc po krótkich konsultacjach z uczestnikami odpisałem: przyjedziemy!.

Nagłośnienie zaproszenia nie przyniosło rewelacyjnych wyników, więc na tegorocznym szlaku pojawiła się dokładnie połowa ostatniej ekipy ondraszkowych pątników, a byli to: Afi, Juniorek, Olo, Gwarek, Rechtór i Krzysztof z Chorzowa.

Olo zaproponował, aby tym razem objechać Górny Śląsk od strony wschodniej przez Olkusz (gdzie był zarezerwowany nocleg w PTSM), Ogrodzieniec i Zawiercie. Tym razem nie było też wspólnego startu, lecz wyruszaliśmy na trasę z różnych miejsc: najdalej miał Olo i Gwarek wyjeżdżający z Cieszyna, Juniorek dołączył do nich w Pszczynie, Afi i Rechtór wystartowali z Katowic, a Krzysztof pojechał w ogóle o dzień później pokonując trasę w jeden dzień!!.

Auto zostawiliśmy w Katowicach skąd już na rowerach objuczonych sakwami ruszyliśmy w kierunku "Nikisza”. Mimo, że jechaliśmy w dużym mieście droga była przyjemna, bowiem częściowo jechaliśmy rowerowymi ścieżkami oraz ulicami o małym natężeniu ruchu. Historyczna dzielnica Nikiszowiec to esencja Górnego Śląska. Nietynkowane ściany dwupiętrowych familoków z czerwonymi obramowaniami okien były idealnym tłem dla wielu filmów o górniczym Śląsku i jego historii. Budowana w latach bezpośrednio przed I w. świat. przez duet berlińskich architektów G i A Zillmanów na zlecenie dyrekcji kopalni Giesche była samodzielnym osiedlem robotniczym zapewniającym dobre warunki życia jego mieszkańcom, wiążąc ich jednocześnie z zakładem pracy. Co ważne od czasu budowy niewiele się tu zmieniło, i każdy budynek to zabytek, włącznie z kościołem św. Anny, którego budowę kilkakrotnie przerywały kataklizmy dziejowe. Wstąpiliśmy też do dawnego szybu kopalnianego "Wilson”, gdzie jest teraz ekspozycja dziwacznej sztuki nowoczesnej i ruszyliśmy w kierunku Mysłowic i Sosnowca. Przebić się przez centrum w godzinach szczytu komunikacyjnego nie było łatwo, więc naprawdę odetchnęliśmy z ulgą, wjeżdżając w końcu w kompleks leśny w okolicach sławkowskiego terminala przeładunkowego. Terminal przypomina olbrzymi lądowy port, gdzie rolę statków odgrywa transport kolejowy. Dla ułatwienia dociągnięto tutaj nawet "szerokie tory" o rozstawie obowiązującym na wschodzie Europy. Ruch spory, tym bardziej obecność TIR-ów na wąskich leśnych drogach nas nie dziwiła. Jakoś dojechaliśmy do Sławkowa, ładnego miasteczka z ciekawymi obiektami, które odwiedziliśmy: gospoda - Austeria, kościół, ruiny zamku biskupiego i w końcu przyjemny bar z obiadową ofertą. Następnym naszym celem była Krzykawka, leżąca już na obrzeżach Pustyni Błędowskiej. Tutaj zobaczyliśmy ładny dwór z poł. XVIII w. w otoczeniu starodrzewia (obecnie siedziba GOK) oraz pomnik w miejscu bitwy powstania styczniowego 1863r., w której zginął włoski bojownik "za sprawę Naszą i Waszą" płk. Fr.Nullo. Do Olkusza mieliśmy zamiar dojechać szlakiem pieszym w sporym komplecie leśnym na skraju pustyni. Po przejechaniu krótkiego odcinka okazało się jednak, że na pustyni jest dużo błota i jeszcze więcej komarów. Zmasowany atak sprawił, że musieliśmy się wycofać i na metę dojechaliśmy przez Bolesław i Bukowno mocno nadkładając drogi, ale za to po asfalcie. Ostatecznie po pokonaniu 75km spotkaliśmy się wszyscy w miejscowym schronisku PTSM.

Schronisko "Jura" oferowało bardzo przyzwoite warunki noclegowo - żywieniowe, tak więc raniutko wypoczęci pojechaliśmy do centrum. Olkusz to niewielkie miasteczko z górniczymi tradycjami, gdzie od wieków wydobywano rudy cynku i ołowiu. Przypominały o tym pocieszne rzeźby gwarków rozmieszczone w różnych punktach starówki. Przy farze spotkaliśmy się z Krzysztofem, od niedawna członkiem naszego Ondraszka. W ostatniej chwili zdecydował się pojechać, i przyjechał tutaj rowerem bezpośrednio z Chorzowa.

W pełnym składzie ruszyliśmy na trasę. Słońce od rana prażyło niemiłosiernie, a droga na Klucze i Ogrodzieniec nie dość, że po kopcach to jeszcze pełna aut, w tym ciężarowych. W końcu dojechaliśmy do Podzamcza, gdzie w cieniu malowniczych ruin zamku Bonerów nastąpił dłuższy postój. Bez żalu opuściliśmy dotychczasową zatłoczoną drogę, i już bocznymi świetnymi dróżkami przez Gzów dojechaliśmy do Kromołowa. Charakterystyczna kapliczka, w miejscu gdzie wypływa rzeka Warta, przypomniała nam, że miejsca te zwiedzaliśmy już kilka lat temu w trakcie zlotu p.t.kol.z bazą w Myszkowie. Stąd było niedaleko do Kroczyc gdzie zwiedziliśmy cmentarz z I wojny świat., a celem tego etapu były Żarki, gdzie mieliśmy zaplanowaną przerwę na jedzonko. Olo był trochę niepocieszony, że minęliśmy bokiem Zawiercie i po tych kilka pieczątek będzie musiał tutaj znów przyjechać. Po zdobyciu kilku kolejnych wzniesień stanęliśmy na szczycie najwyższego, skąd tuż obok ruin kościoła św. Stanisława można było podziwiać spektakularny widok na pradolinę Warty. Miejsce nazywało się Jurajska Kuesta jest to geologiczna ciekawostka, a zainteresowani nią niech pogrzebią w internecie. Teraz rewelacyjnym zjazdem docieramy w końcu do Żarek, gdzie nieco klucząc trafiliśmy za nosem do "Gościńca Jurajskiego”. Żurek w Żarkach: - to jest to, czego nam brakowało!.

Do Częstochowy jeszcze daleko, więc choć upał nie odpuszczał trzeba jechać. W Przybynowie, w trakcie zwiedzania kościoła, nie wiedzieć kiedy zgubił się nam Gwarek, i do mety dojechał już własnymi ścieżkami. Reszta ondraszkowych pątników zaliczając piaszczysty fragment leśnego szlaku przez Biskupice dojechała w końcu do Olsztyna. No stąd już było widać nasz cel na horyzoncie więc na rynku, u stóp zamku nastąpiła zasłużona przerwa kawowa. Bardzo się nam spodobało, jak wjechaliśmy na rewelacyjną rowerową autostradę wiodącą w kierunku Częstochowy. Niestety jak niespodziewanie się zaczęła, tak też się i skończyła na torach kolejowych w pobliżu miasta. Do mety dojechaliśmy w końcu korzystając plątaniny ulic oraz chodników, prowadzeni przez GPS-a od Ola.

Nieco zmęczeni przejechaną trasą (to aż 93 km), meldujemy się w "Halach Noclegowych Ojców Paulinów”, gdzie mieliśmy noclegową rezerwację. Na szczęście nie były to hale, lecz całkiem przyjemnie kilkuosobowe pokoje. Przyjechaliśmy grubo po godz. 20.00, lecz zdążyliśmy jeszcze wziąć udział w Apelu Jasnogórskim w kaplicy NMP.

Już w trakcie Apelu odgłosy odległej burzy nie wróżyły nic dobrego, lecz nikt się nie spodziewał się aż takiej zmiany!. Po nocnej ulewie z piorunami temperatura z ponad 30 st.C zjechała do ledwie kilkunastu. Zrobiło się chłodno, a i chmury wiszące nad głowami nie wróżyły niczego dobrego. Zgodnie z programem o godz. 9.00 stawiliśmy się w miejscu startu do ostatniego etapu "póńci" przy kościele św. Zygmunta. Powitaliśmy przyjaciół z śląskich klubów kolarskich PTTK, ale było widać, że większość w naszym peletonie stanowiły różne parafialne grupy rowerowe z całej Polski. Ks. Jerzy Grochowski w imieniu organizatorów powitał rowerowych pątników ciesząc się, że przyjechaliśmy pomimo wirusowych perturbacji. Następnie w zwartym peletonie, w asyście policji przejechaliśmy całymi Alejami NMP, aż na klasztorne Błonia. Tutaj, widoczny na olbrzymim telebimie powitał wszystkich sam przeor klasztoru. Wkrótce powitał nas też deszcz, i nie już nie odpuścił. Testując więc nasze peleryny uczestniczyliśmy w finalnej mszy św. celebrowanej przez ks. Jerzego, przy akompaniamencie rowerowego chórku z gitarą.

Na zakończenie uroczystości zanieśliśmy wszystkie nasze intencje przed obraz Matki Boskiej. Choć był tam tłum ludzi, każdy miał tą podniosłą chwilę tylko dla siebie...

Tak więc kolejna "póńć" przeszła do historii, a nam pozostało wrócić do Cieszyna, tym razem korzystając z usług PKP.

Komentując naszą bardzo spontaniczną wyprawę uczestnicy stwierdzili, że łatwo nie było. W dwa dni przejechaliśmy kawał drogi (a Krzysztof z Chorzowa w jeden!), i do tego po sporych wzniesieniach. Upał i mnogość aut na drogach też nam zadania nie ułatwił, a ostatni dzień był z kolei zimny i mokry. Ale niewątpliwie wróciliśmy zadowoleni – że daliśmy radę, że trudy naszej pątniczej podróży mogliśmy ofiarować w wybranych intencjach.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór - Zbyś

RELACJA Z TRAS KOLEJNEGO SEZONU "ONDRASZKA”, KTÓRY TYM RAZEM NIE ODBYWA SIĘ, JAK ZWYKLE, A TO Z POWODU PANDEMII COVID-19

Czorno

21.04-11.05.2020 r.

 

RELACJA
Z TRAS KOLEJNEGO SEZONU "ONDRASZKA”, KTÓRY TYM RAZEM NIE ODBYWA SIĘ, JAK ZWYKLE, A TO Z POWODU PANDEMII COVID-19.

 

Na początku marca tego roku rozprzestrzeniła się po świecie, w tym w Polsce, epidemia COVID-19, która zamknęła ludzi w domach, wymogła izolację i pokrzyżowała wszystkim wszystko, w tym także, co wcale nie jest najmniej dotkliwe, rekreację grupową. W nas (Czorno i Unisono) najpierw wywołała obawy o nas i nasze dzieci oraz o nasze i ich rodziny. Odizolowaliśmy się na ok. 2-2.5 miesiąca, jak chyba większość ograniczyliśmy wyjścia z domu jedynie do sklepu, na spacer trasą odludną – dobrze, że mieszkamy na peryferiach Cieszyna. Ale, minęła odizolowana Wielkanoc, zaczęło się robić cieplej, władze zezwoliły na zdroworozsądkową, niegrupową rekreację prozdrowotną. Skoro więc zaplanowany i rozpisany na szczegóły sezon "Ondraszka" nie mógł się rozpocząć, postanowiliśmy… sezon "realizować" na własny sposób.

Cóż, wycieczki odbywaliśmy – w zasięgu naszych możliwości wydolnościowych, zakreślając koło z adresu Polna 3, co zresztą prawie pokrywa się z wycieczkami zazwyczaj organizowanymi przez Ondraszkowych przodowników. Nie mamy co prawda Ich zbiorowej pomysłowości, jednak: po zimowej przerwie i przeglądzie rowerów, 21 kwietnia ruszyliśmy w trasy, poznając również nowe dla nas okoliczne drogi i bezdroża, co bijąc się w piersi, ujawniam. Wszystko skrzętnie zapisywałam w naszych książeczkach KOT-owskich (tak, jestem zapisywaczką rodzinną) i chciałam na bieżąco wysyłać na stronę Ondraszka, ale zwykle dzień był za krótki. Więc teraz, w środku niemal sezonu chcę opisać to, co zdziałaliśmy do Zlotu w Chmielnie, który też się nie odbył, ale gdzie... pojechaliśmy mimo to i już opisałam z naszego punktu widzenia (zapraszam – jest osobna relacja).

Celami naszych rajdów były kolejno: parking pod lasem w Dzięgielowie (22 km na dzień dobry), Pogwizdów i las za nim, w tym czerwona ścieżka rowerowa obok chatki pszczelarzy (27 km), Kończyce Wielkie (32 km), Goleszów (33 km), Ochaby, gdzie kupiłam... końskie kostki z żelatyną na moje kolana (42 km), znów Dzięgielów, ale ul. Hażlaską i Al. Piastowską (30km), Ustroń (52 km), znów Pogwizdów - pogwizdowskie stawy wędkarskie (21 km), Zamarski (27 km) i Bażanowice przez Ogrodzoną, gdzie kupiliśmy farbę do odnowienia podłogi tarasu domku na naszej działce (30km). Marian był prócz tego dwa razy na rajdzie samotnym – raz na Tule (38 km), a drugi – w Wiśle (57 km). Z powodu pandemii nie wszędzie zdobyliśmy potwierdzenie naszych wojaży, wywołam więc malutkie zdjęcia z tych tras – książeczka będzie kolorowa!

Tym oto sposobem od 21.04 do 28.05 br., jeżdżąc co 3-4 dni, przejechaliśmy łącznie 310 km (ja) i 405 km (Marian) i rozruszaliśmy się trochę. Wycieczki i świeże powietrze podziałały też zdrowotnie i relaksująco na naszą psychikę, zmęczoną niedobrymi wieściami z kraju i świata.

Uroki naszych cieszyńskich okolic dokumentowaliśmy oczywiście na zdjęciach, do obejrzenia których zapraszam.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno