Aktualności

XII Rajd do ujścia Olzy im. W.Janika

Ziołowy

29.09.2019 r.

 

XII Rajd do ujścia Olzy im. W.Janika

 

XII rajd do ujścia Olzy im. W. Janika odbył się 29 września i był w zasadzie zlotem gwieżdzistym, gdyż część uczestników przybyła na miejsce zbiórki do Lutyni Dolnej pociągiem, inni samochodem a niektórzy na własnych rowerach. Po przywitaniu, spisaniu uczestników i wspólnym zdjęciu ruszyliśmy w kierunku Wierzniowic. Przed mostem na Olzie odbiliśmy z głównej drogi na ścieżkę rowerową która biegła dokładnie wzdłuż brzegu rzeki. Ścieżka jest przejezdna, lecz w niektórych miejscach trwają jeszcze prace wykończeniowe. Warto jednak tędy jechać, gdyż wrażenia są niezapomniane.

Tym sposobem dotarliśmy do celu naszej podróży a więc do miejsca połączenia Olzy i Odry. Jeszcze kilka lat temu były tu drzewa, krzaki i trudne do przebycia chaszcze, a obecnie jest zgrabna, wyrównana i podwyższona polanka z której doskonale widać łączenie się wód z tych dwóch rzek.

W tych przecudnych okolicznościach przyrody utworzyliśmy krąg, odśpiewaliśmy "Płyniesz Olzo" i skosztowaliśmy nalewki przygotowanej w ubiegłym roku na bazie wody z Olzy i Odry.

Następnie krętymi, asfaltowymi drogami udaliśmy się przez Kopytów do Starego Bogumina. Tu na rynku zrobiliśmy krótki postój, po którym przekroczyliśmy granice na zabytkowym moście Franciszka Józefa.

Kolejną atrakcją wycieczki były meandry Odry oraz wieża widokowa. Kilkukilometrowy odcinek drogi w tym obszarze chronionego krajobrazu jest wybetonowany, a więc jazda była łatwa i przyjemna.

Panorama z 27m wieży przy wspaniałej pogodzie jaka nam się trafiła była zachwycająca.

Punkt żywieniowy mieliśmy w Ośrodku Wypoczynkowym OLZA. Jest to duży malowniczo położony obiekt z kąpieliskiem szeroką piaszczystą plażą, wypożyczalnią sprzętu wodnego i oczywiście z małą gastronomią. Tu właśnie czekały na nas gorące kiełbaski z grilla.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę przy kaplicy w miejscowości Olza. Zaznaczone są tam miejsca poziomu wody podczas powodzi w roku 1880 i 1997.

Dalsza trasa wycieczki wiodła przez Uchylsko, Gorzyczki, Wierzniowice do Lutyni Dolnej gdzie rozdzieliły się drogi uczestników. Większość jednak wracała na rowerach przez Dziećmarowice i Karwiną do Cieszyna.

Łatwość dotarcia w rejon ujścia Olzy (np pociągiem) oraz różnego rodzaju zmiany tam zachodzące przemawiają za kontynuacją wycieczek w tym kierunku.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Szykowno]

[GALERIA ZDJĘĆ - Wędrowniczek]

[GALERIA ZDJĘĆ - Paparazzi]

 

Andrzej Nowak "Ziołowy"

DOLOMITY NA ROWERZE I NIE TYLKO

Czorno

8-15.09.2019 r.

 

DOLOMITY NA ROWERZE I NIE TYLKO

 

Na początku września, gdy po letniej przerwie miały miejsce kolejne rajdy Ondraszka, nas na nich nie było... ale z rowerem kontaktu nie straciliśmy, o czym poniżej słów kilkadziesiąt.

Osiem dni, od 8 (niedziela) do 15 września, spędziliśmy w Dolomitach, wędrując wraz z wycieczką PTTK Katowice i przewodnikiem Tomkiem z... Czeskiego Cieszyna po kolejnych grupach szczytów wokół dolin Val di Fassa i Val di Fiemme: Bletterbach ze szczytem Weishorn, Sassolungo czyli Langkofel czyli Długi Kamień (z najwyższym szczytem o tej samej nazwie (3181 m npm), do którego by dojść z przełęczy Sasso, pokonaliśmy, idąc niezwykle malowniczą ścieżką Sentiero, najwyższą różnicę wysokości podejścia - ponad 800 m), masyw Catinatio czyli Rossengarten czyli Różany Ogród, dolina Vaiolet, wędrówka do schroniska Principe, Marmolada (na wys. 3265 m npm wjechaliśmy kolejką, w drugiej części dnia oglądaliśmy ją z przeciwległego stoku z przełęczy Passo di Fedaia do Passo Pordoi, skąd zjechaliśmy kolejką zaliczając niesamowite widoki), masyw Letmar (wędrówka szlakiem przez przełącz Forcella dei Camosci do schroniska Torre di Pisa). Po drodze spotykaliśmy przemiłych ludzi z różnych krajów, pozdrawialiśmy się w wielu językach, także... czeskim i polskim. Było bardzo dużo wycieczek emeryckich i to mocno, z Francji i Włoch.

W najciekawszym, z mocnym duchowym przesłaniem, schronisku Tony Demetz na przełączy Forcella Sassolungo (2685 m npm) u podnóża w paśmie Sassolungo rozmawiałam po rosyjsku (kto by pomyślał, że po tylu latach dawno zakończone nauki się przydają) z ... Australijką. To znaczy nie rdzenną, ale od wielu lat tam mieszkającą. A początek historii tego schroniska, to tragedia: w sierpniu 1952 r. na w/w szczycie od uderzenia piorunem ginie Tony Demetz, przewodnik i alpinista, oraz jeden z turystów, których prowadził, drugi zostaje ranny. Ojciec Toniego, Giovanni, wspina się na szczyt by ratować syna i jego towarzyszy, ale, gdy widzi, co się stało, znosi na Forcella del Sasso pozostałego przy życiu turystę, potem wchodzi po ciało syna i z innymi ratownikami - po kolejne ciało. Gdy ten uratowany dziękuje za uratowanie życia, to samo czyni i Giovanni - chciał skoczy w przepaść, gdy ujrzał martwego syna, przeszkodziło mu poczucie obowiązku ratowania życia temu, którego zastał żywego. Już w grudniu tego roku rząd włoski uhonorował Giovanniego nagrodą "Gran Ordine Del Cardo", a on wiąże się emocjonalnie na resztę życia z Sassolungo - w następnym roku uzyskuje zgodę na budowę u podnóża Sassolungo schroniska upamiętniającego tę tragedię. Już w kolejnym - 1954 r. schronisko Demetzów (tak, ma jak my 65 lat) zaczyna działać. Do dziś należy do rodziny Demetzów. Mocno starszy pan, który nas obsługiwał, to młodszy o 8 lat brat Toniego, a towarzysząca mu trochę młodziej wyglądająca i podobna do niego (jak mi się wydawało) kobieta, to może jego córka. Gdy tak sobie obliczałam Jego wiek, wyszło mi, że może mieć ok. 80 lat! I pracuje!

Jeździliśmy autokarem po 10 razy większych serpentynach niż na Kubalonkę :), a także kolejkami na wyższe partie gór, by z ich stacji końcowych iść na jeszcze wyżej i wyżej... maksymalnie do 2700 m. npm - "z buta". Wszędzie piękne i jeszcze piękniejsze widoki, których oglądanie umożliwiła nam pogoda, ciepła i słoneczna, choć tuż przed naszym przyjazdem spadł tam pierwszy śnieg i w nocy było poniżej zera! Były też widoki mrożące krew w naszych żyłach - przepaści i wspinający się po pionowych wręcz skałach kusiciele losu oraz widoki świadczące o górskich żywiołach, np. o niesamowitej wichurze, która 29 października 2018 r. nawiedziła dolomickie doliny Val di Fieme i Val di Fassa - setki tysiący zmiecionych drzew lub nagich zboczy tam, gdzie już drzewa uprzątnięto - Dolina Chochołowska razy kilkanaście lub kilkadziesiąt, nie umiemy tego oszacować, ale widok porażający. Padło tyle drzew, ile Włosi ścięliby do wykorzystania w przemyśle przez najbliższych prawie 100 lat, jak obliczono! Intensywność sadzenia drzew dla ratowania Ziemi trzeba więc ustokrotnić... Troszkę liznęliśmy historii tej krainy, naprzód należącej do biskupów Trydentu i Bolzano, później Republiki Wenecji, Napoleona, przez ponad 100 (od 1815) r. lat należącej do Monarchii Austrowęgierskiej, która została przydzielona Włochom po I Wojnie Światowej w 1918 r. i których wpływy bardzo tu widać, m.in. dwujęzyczność napisów i mieszkańców.

Wyjątek od gór zrobiliśmy sobie w sobotę, gdy w programie były ferraty - wędrówka w najwyższych partiach z łańcuchami, przepaściami, stromiznami itp. My skorzystaliśmy z rowerów dostępnych w cenie pobytu w Hotelu Zanon w miejscowości Ziano w dolinie Val di Fieme. Nie były komfortowe, ale miały po dwa kółka... Po śniadaniu pojechaliśmy do Moena - pięknej miejscowości, typowo hotelarskiej bazy narciarskiej, także jednak teraz przyjaznej dla licznych turystów, ukwieconej wprost niesamowicie! Oczywiście jechaliśmy ścieżką rowerową, u podnóża gór, po drodze mijając ostrzeżenia o możliwych spadających drzewach - to tych z w/w wichury, mijając po drodze Predazzo, słynne skocznie, na których Adam Małysz, a po kilku latach Kamil Stoch i cała nasza drużyna odnosili sukcesy. Jest tam tablica zwycięzców i duma rośnie, gdy czyta sie polskie nazwiska! Z powrotem zatrzymaliśmy się by obejrzeć kilka skoków - w ramach zawodów old boyów. Wstąpiliśmy też do miasta Predazzo, gdzie zwiedziliśmy muzeum Dolomitów, a na festynie miejscowych producentów kupiliśmy świetne sery i wędliny z Sycylii. Po przejechaniu 32 km zajrzeliśmy do naszego hotelu na przekąskę, a po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na naszych wspaniałych pojazdach w przeciwną stronę - przez urocze Tesaro, którego wąziutkie uliczki, zadbane domki, ogródeczki jak z bajki już wcześniej zwiedzaliśmy, do Cavalese, wspinając się w górę po drodze. Cavalese to miejscowość usytuowana na zboczu góry u wrót doliny Fiemme, z przepięknymi widokami, budynkami zabytkowymi o gotyckich portalach i oknach oraz freskach na ścianach. Najciekawszy z nich to od XIV już wieku siedziba rady (Regola) Magnifica Comunita, z przepięknymi freskami na elewacji. Krętą dróżką zjechaliśmy potem w dół aż do drogi wzdłuż rzeki Avisio, którą wróciliśmy do Ziano (26 km). Tu trwał już przedostatni z wyścigów na nartorolkach - mężczyzn na 15 km, po ulicach miasteczka. Ależ pruli na zakrętach, nagrałam krótki filmik nawet. Zawody odbywają się tu co rok i ściągają na nie drużyny z różnych krajów, nawet tak egzotycznych, jak Mongolia!

W niedzielę wcześnie rano, po śniadaniu podanym przez zaprzyjaźnioną prawie kelnerką Carmen, pożegnaliśmy hotel i prowadzącą go rodzinę i ruszyliśmy w drogę powrotną, wioząc z sobą piękne wspomnienia, sympatyczne znajomości, zdjęcia, filmy i ... włoskie sery oraz wędliny!

Zapraszamy do galerii zdjęć.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - "Czorno" i "Unisono"]

 

"Czorno" i "Unisono"

DOLINA BARYCZY I WROCŁAW

Czorno

3-10.08.2019 r.

 

DOLINA BARYCZY I WROCŁAW

 

Mijają ostanie dni lata 2019 r., więc i tegoroczne wczasy, 16. raz z rzędu w stylu agroturystycznym, już za nami. Wyruszyliśmy w sierpniu na wakacje w dwóch lokalizacjach, odległych od siebie tym razem niecałe 100 km, naturalnie z rowerami.

Na pierwszą część, od 3 do 10 sierpnia, wybraliśmy Dolinę Baryczy, a w niej - agroturystykę "Głowaczówka" w Rudzie Sułowskiej. "Po drodze" zatrzymaliśmy się w Małujowicach, a następnie w Brzegu.

W Małujowicach mieliśmy duże szczęście, bo kościół p.w. św. Jakuba Apostoła, znajdujący się na słynnym szlaku Jakubowym, do którego aby wejść, trzeba się wcześniej telefonicznie umówić, akurat był... sprzątany. Wybudowany został w XIII w., a jego wnętrza zdobią wręcz unikatowe polichromie - ścienne malowidła. Oryginalne, ale odrestaurowane - z lat 1450-60(!) na ścianach szczytowych i prezbiterium przedstawiają w ramach Biblii dla ubogich (tak zwana Biblia Peuperum) cykle Genezis i Dzieciństwo Chrystusa, ściany podłużne nawy w latach 1470-83 pokryto scenami ze Starego i Nowego Testamentu oraz Sądu Ostatecznego, zaś najmłodsze, z XVI w., znajdują się na stropie nawy i tworzą je motywy roślinne, zwierzęce i geometryczne. Stamtąd już tylko przysłowiowy rzut beretem i znaleźliśmy się na starówce Brzegu, gdzie zwiedziliśmy historyczną część miasta: Zamek Piastów Śląskich (w remoncie, ale piękna elewacja), kościół p.w. św. Piotra i Pawła, kościół p.w. św. Mikołaja, kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Św., Ratusz, mury obronne i park wzdłuż nich.

Jeszcze w sobotę, po obiedzie w restauracji na parterze naszej kwatery, zapoznaliśmy się z najbliższym otoczeniem. Ruda Sułowska to malutka, ale fajnie utrzymana, zadbana i ukwiecona - jak wszędzie tutaj, miejscowość, z bogatą ofertą dla turystów i (głównie) wędkarzy. Ta teza potwierdziła się w następnych dniach: od niedzieli przez cały tydzień przemierzaliśmy na rowerach: Sułów (pałac z 1900 r., piękny, ale zdewastowany), Gruszeczka (malusia miejscowość, w lesie przy której odnaleźliśmy jeden z wielu tutaj zapomnianych starych, przedwojennych cmentarzy ewangelickich, a nie trafiliśmy na ślady obozu koncentracyjnego z okresu II wojny światowej), Stawno (piękne stawy "zasiedlone" przez mnóstwo gęsi, łabędzi, kaczek itp. - jak wszystkie tutaj zresztą), Milicz (zamek hr. Maltzenów z XVIII/XIX w, z pięknym parkiem, starodrzew dębowo-robiniowy, stawy i stawki), trasa krzyżów pokutnych (Nowe Domy, Berek, Korzeńsko, Osiek, Książęca Wieś), Krośnice (do ok. 2000 r. miejscowość uzdrowiskowa dla osób leczących skołatane nerwy, a obecnie świetnie wyposażona na potrzeby turystów i letników - kolejka wąskotorowa wśród pięknej zieleni czynna na pętli wokół stawków dł. 5 km, basen, kompleks boisk, stawy hodowlane, dawne zabudowania dworskie), Żmigród (na samym wjeździe Zespół Pałacowo-Parkowy a w nim ruiny Pałacu Hatzfeldów, zachowana wieża, a w niej Informacja Turystyczna z przemiłym Panem, który sprzedał nam bilety na jej zwiedzanie - rozciągał się z niej wspaniały widok na okolicę - i opowiedział nam o historii Żmigrodu). To tu m.in. w 1813 roku, w w/w barokowym pałacu Hatzfeldów, doszło do spotkania króla Prus Fryderyka Wilhelma III z carem Rosji Aleksandrem I, podczas którego podpisano protokół trachenberski (żmigrodzki), którego celem było ostateczne pokonanie Napoleona Bonapartego.

Wszędzie poruszaliśmy się ścieżkami rowerowymi, przeważnie asfaltowymi (za środki unijne), lub z kostki, w lasach o nawierzchni szutrowej, biegnącymi wzdłuż niezliczonej liczby stawów, stawków, kanałów, leśnych wodnych oczek, mijając świeżą, zieloną, niespaloną słońcem roślinność. Poezja! Samochodu użyliśmy dopiero w piątek, jadąc do rodzinnego gospodarstwa Sznajderów w Karnicach, by zaopatrzyć się w różne kiszone warzywa, które w sobotę następnego tygodnia przywieźliśmy do domu. Naprawdę pyszne!

W sobotę 10 sierpnia przejechaliśmy do Wrocławia - drugiego celu naszej wakacyjnej eskapady, naturalnie "po drodze" zatrzymując się, trochę nałożywszy drogi, w dwóch miejscowościach - w Trzebnicy (bazylika Św. Jadwigi Śląskiej - najstarsze sanktuarium na Śląsku z 1202 r., w którym znajduje sie m.in. grobowiec Księcia Henryka Brodatego, klasztor cysterek również z XIII w., w którym pochowana jest św. Jadwiga, a w ogóle jest tu mauzoleum Piastów śląskich, cmentarz żydowski i Ratusz) oraz w Oleśnicy. Bardzo mi się tu podobało - wszędzie piękne różane i nie tylko rabaty, drzewa i krzewy okalające zabudowania, Zamek Książąt Oleśnickich, obecnie jest tu Muzeum, na którego dziedzińcu chodzili po linach rozpiętych ok. 15-20 m nad ziemią cyrkowcy - trwał bowiem akurat coroczny festiwal sztuki cyrkowej, Rynek i Ratusz, mury obronne i zachowane Bramy - Wrocławska, Namysłowska i Oławska, dawna plebania ewangelicka, a w niej Dom Spotkań z Historią i Informacja Turystyczna z sympatyczną młodą kobietą, która zapodała nam trochę informacji o mieście, Synagoga w gotyckim stylu, Cerkiew Zaśnięcia NMP, Dom Wdów z XVI w., (obecnie szkoła muzyczna).

Także we Wrocławiu samochód stał spokojnie na parkingu cały tydzień, bowiem zwiedzaliśmy Wrocław i jego okolice, poruszając się wyłącznie na rowerach - ścieżkami rowerowymi, chodnikami, na których odpowiednim oznakowaniem dopuszczono jazdę rowerami (!) i tylko sporadycznie ulicami wśród samochodów. Oczywiście chodziliśmy też na piechotę, np. w niedzielę, zwiedzając z przewodnikiem Ostrów Tumski i Starówkę. Naturalnie zaliczyliśmy ZOO, a w nim zwłaszcza Afrykarium. Największą niespodzianką okazało się jednak Hydropolis - Centrum Nauki i Wiedzy o Wodzie na terenie Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji (sic!) - otwarte w grudniu 2015 r. To jedyny taki obiekt w Polsce i jeden z nielicznych na świecie – wystawa znajduje się w zabytkowym, XIX-wiecznym podziemnym zbiorniku wody czystej o powierzchni 4000 m², który wraz z urządzeniami towarzyszącymi, w tym stacją pomp jeszcze poniemieckich, ale zaopatrujących Wrocławian w wodę aż do 1997 r.. kiedy to został zniszczony przez... wodę w czasie powodzi 100-lecia. Zbiornik po wyczyszczeniu pełnił jeszcze swą pierwotną funkcję do 2011 roku, to jest do czasu wyłączenia go z użytku. Po przeprowadzeniu niezbędnych remontów i rewitalizacji, budowlę przekształcono w Centrum Edukacji Ekologicznej - nowoczesne, multimedialne, interaktywne, pokazujące historię Ziemi od zarania jej dziejów i nieodzowność odnowienia zasobów wody i czystości powietrza dla Jej, a tym samym i ludzi, dalszego istnienia... Wg zajawki na stronie internetowej Hydropolis to miejsce, w którym różnorodne technologie multimedialne, interaktywne instalacje, wierne repliki i modele oraz bogate w informacje ekrany dotykowe służą jednemu celowi: ukazaniu wody z różnych, fascynujących perspektyw. Spędziliśmy tu nie wiadomo kiedy prawie cztery godziny - każdy po kupieniu biletu może na terenie Centrum być tak długo, jak chce, oczywiście w godzinach jego otwarcia!

I znów zwiedziliśmy i poznaliśmy piękny kawał naszego Kraju, przy okazji przypominając sobie i odkrywając nieznane nam wcześniej fakty z przebogatej historii Dolnego Śląska, zabytki architektury, piękno przyrody, zachwycając się nieustannie niezliczoną ilością ptactwa na niezliczonej ilości stawach, obserwując spokojniejsze i wolniejsze tu jakby życie miejscowej ludności, smakując kuchnię regionalną (ach te 2 kg do zgubienia...). Zapraszamy do mini galerii zdjęć obrazujących nasze wspomnienia.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - "Czorno" i "Unisono"]

 

"Czorno" i "Unisono"

JIZERA OKIEM CZORNEJ I UNISONO

Czorno

8-14.07.2019 r.

 

JIZERA OKIEM CZORNEJ I UNISONO

 

Zachęcona meilem Rechtóra, piszę w kilku zdaniach o naszych wrażeniach z Ondraszkowej wyprawy wzdłuż Jizery. Należy je czytać łącznie ze Zbyszkowym "sprawozdaniem" z tej, jak się okazuje - po wielu latach przerwy, wędrownej eskapady "Ondraszków".

8 lipca - Po zmianie trasy byłam wściekła, widząc podjazdy, które nam się zaczęły zaraz za Jilemnicą, że jednak nie zawróciłam za Marianem na pierwotną trasę. Jednak po dojechaniu na wybraną przeze mnie i Mariana kwaterę (po pokonaniu kolejnego dłuuugiego podjazdu) do Lanskiej Farmy rozpierała mnie duma, bo wszystkie podjazdy pokonałam - z pełnym ekwipunkiem - nie schodząc ani razu z roweru, a widoki po drodze okazały się rzeczywiście warte tego wysiłku. Marian też nie żałuje swojej decyzji - lubi szybką jazdę, a ścieżką rowerową wzdłuż drogi mógł rozpędzić się do woli. Z basenu ja też skorzystałam - woda po takiej jeździe była orzeźwiająca, a początkowa wściekłość dawno minęła!

10 lipca - Unisono postanowił jednak ruszyć za nami na pieszą wycieczkę, jednak zmylony przez Roztrzapka, poszedł zielonym szlakiem podczas, gdy my szliśmy czerwonym. Byłby pewnie do nas dotarł gdzieś w okolicach Frydštejnu, ale spojrzał na zegarek i ocenił, że na 14-tą nie zdąży do parkingu rowerowego, a tak się umawialiśmy. Ach, te jego przyzwyczajenia z Mechana... My wróciliśmy ok. 15-tej. Marian widząc nas wsiadł na rower, dopytawszy wcześniej o namiary na Zrcadlovą Kozę i pojechał! A my powoli za nim. On jednak, zapytawszy o mostki przez Jizerę trafił tam od razu, a my trochę kluczyliśmy, posługując się GPS-em i mapami. Ale dojechaliśmy i to z drugiej, niż On strony, pokonawszy najpierw niezły podjazd.

11 lipca - Grupa Hruboskalsko bardzo nam się podobała, "ferracistów" podziwialiśmy jak zwykle, ale nie zazdrościliśmy. Nam najbardziej zaimponowały skalne przepaści - my jechaliśmy ich "górą", krawędzie nie miały żadnych barierek (no, poza punktami widokowymi), ludzi, w tym rodzin z małymi dziećmi było mnóstwo, tak na pewno jest zawsze. Nic złego się jednak nie dzieje, a o bezpieczeństwo muszą zadbać sami. To się nazywa podmiotowe wychowanie. Widoki były naprawdę obłędne, pomysłowość natury nieograniczona, a cudów, jakie wytworzyła na przestrzeni wieków nie da się opisać - trzeba zobaczyć!

12 lipca - "nasz dzień". Nie mieliśmy łatwo, bo deszcz zmusił do wyjęcia peleryn, ale "... choćby żabami prało..." - spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w trasę. Już na wstępie w drodze głosowania zrezygnowaliśmy ze zwiedzania Muzeum w Turnovie, potem jeszcze raz rezygnowaliśmy - ze ścieżki rowerowej na rzecz głównej szosy za Svijanym. W samym zamku w Svijanym, gdzie chciałam opowiedzieć o historii miejsca i miejscowości - a materiały Marian przygotował obszerne, w tym zdjęciowe - radość wszystkich z możliwości wejścia do restauracji na kufelek, tudzież kawę, zwyciężyła. Na szczęście wieczorem, w naszym domku na Campingu odbyło się podsumowanie dnia, na którym była okazja dla wszystkich, by uzupełnić wiadomości.

13 lipca - Marian rano stwierdził "trzynastego, ja: "ale nie piątek", jednak zabobony, albo wiara w nie dały znać o sobie później. Z Mladej Boleslav wyjeżdżaliśmy w pewnymi problemami, bo część dróg była z powodu rajdu samochodowego wyłączona z ruchu. Pomogli nam dwaj Czesi, wyprowadzając sobie tylko znanymi przejściami, zwłaszcza skrótem podróżujących pociągami obok torów (dobrze, że czescy sokiści nas nie dopadli). Na nieurządzonym odcinku "17" był rzeczywiście horror, ja z moim rowerem ruszyłam w górę jedna z pierwszych, nie wiedząc, co przyniesie los. I zsunęłabym się szybko (dodatkowo ślizgały mi się stopy w butach, dla izolacji przeciwdeszczowej owinięte siatkami foliowymi), gdyby nie pomógł mi Długi (Rysiu, wieeelkie dzięki raz jeszcze), zjechałabym w grząskiej ziemi niechybnie. Z górki sprowadził mi rower sam Rechtór (takie same wieeelkie dzięki). A inni, widząc, co się dzieje, zwiększyli długość podejścia, zmniejszając w ten sposób jego kąt i obeszli leżące drzewa dłuższym łukiem. Miałam napisać o tym do zarządcy "17", ale jeszcze tego nie zrobiłam... Gdy Rechtór naprawiał swoją pierwszą "Gumę", Afi postanowiła na Niego czekać na "rozcesti". Żeby nie zostawiać Jej samej, Unisono też został. Gdy okazało się, że Rechtór wybrał krótszą trasę i się nie doczekają, ruszyli za nami. Ja to jechałam za grupą, to widząc ich z daleka, czekałam na Jasię i Mariana i tym sposobem dojechałam do grupy już na przystanku dla cyklistów u ujścia Jizery do Łaby. Tu znów się zastrzymaliśmy, choć na krótko. Grupa pojechała do restauracji w Toušen Lazně, ja zaczekałam aż dojedzie spóźniona para, szybko uzupełniliśmy fotograficzną kronikę i ruszyliśmy do restauracji. Wsiadłam na rower, patrzę, "kapeć", więc zsiadłam i prowadziłam rower, na szczęście niedaleko. Marian to w deszczu, to w słońcu wymienił mi dętkę! Trasa tuż przed Pragą bardzo nam się podobała, wśród zieleni, tyłami domków jednorodzinnych, obsadzona żywopłotami, wtopiona po prostu w krajobraz, brak słów. Pragę przejechaliśmy jak po sznurku, czyli po GPS Rowerowym. Hotel okazał sie super i, jak wcześniej powiedziała Basia - gdy weszli wszyscy do swych pokojów, to już do rana nie wyszli. No, za wyjątkiem tych, którzy wybili "korki" w swoich pokojach.

14 lipca - Praga. Byliśmy z Marianem w Pradze 2 lata temu, w prezencie z okazji 40-lecia naszego ślubu, mieliśmy ją więc w pamięci całkiem świeżo. A, że wycieczka była rowerowa, Marian postanowił, wykończony kilkunastokilometrowym kluczeniem od hotelu do nabrzeża Wełtawy, że zjeździmy ją na rowerach - tzn. my dwoje. Co uczyniliśmy, acz z małym problemem - gdy dojechaliśmy nabrzeżem rzeki do Wyszehradu, w moim tylnym kole zaczęło schodzić powietrze. Wróciliśmy, przejeżdżając obok "tańczącego domu", mostu Karola na plac z bijącymi kurantami i przesuwającymi się figurkami, a w kole był juz całkowity "kapeć". Gdy Marian wymieniał dętkę tuż obok jakiegoś zabytkowego pałacyku, ja ruszyłam w stronę Józefowa. Tej żydowskiej dzielnicy nie zaliczyliśmy ostatnio. A zachowało się tam dużo z przedwojennej jej historii. To znaczy materialnie, bo tamtych mieszkańców nie ma, nie ma więc i Ich potomków. Przyjeżdżają jednak ludzie, by poczuć atmosferę, wejść do synagogi. Są w swoim świecie, a ja fascynuję się tym z zewnątrz. Ciągle nie mogę pojąć, jak to się mogło stać, co takiego jest w ludziach, co wyzwala najniższe instynkty? Tu też spotkałam część naszego składu, która jechała wcześniejszym pociągiem - szli na barkę po rowery. Jak powiedziała Basia, dobrze, że nie skorzystaliśmy z tej, opłaconej zresztą przez nas mety, bo miejsca na jeszcze dwa rowery nie było. My naszej decyzji nie żałujemy - Praga dla rowerzystów też jest przyjazna, przynajmniej tam, gdzie jeździliśmy. Na dworzec dotarliśmy "po śladach" pamięciowych sprzed 2 lat. Znowu największym stresem było oczekiwanie w holu na informację, z którego peronu będziemy odjeżdżać, bo Czesi informują o takich faktach 15 minut przed odjazdem pociągu. Daliśmy jednak radę. Jazda upłynęła nam na miłej konwersacji z Afi i Rechtórem i wyjadaniu resztek zapasów. A ukoronowaniem wycieczki był powrót rowerami z Hlavniho Nadrażi w Czeskim Cieszynie na ul. Polną nocnymi ulicami obu Cieszynów.

Podsumowanie - jazda z pełnym ekwipunkiem nie okazała się zbytnio ciężka. Może więc zrobimy w przyszłości powtórkę, sami albo z Ondraszkiem. Nasze wnioski są troszkę różne. Marian: pewien dyskomfort stanowiły rowery "różnej prędkości" - elektryczne i zwykłe, co czasem rodziło nieporozumienia i dyskusję, może lepiej byłoby, gdyby grupa jechała cały czas razem, co z drugiej strony nie do końca jest możliwe, bo "pod górkę" każdy woli swoje tempo. Ja: na tygodniowy rajd wybrało się 12 osób w pewnym wieku, każda ze swoimi przyzwyczajeniami, które nigdy wcześniej razem nie przebywały dłużej, niż kilka godzin, a tu prawie 24 h/dobę, zdarzały się sytuacje emocjonalnie ekstremalne i nieprzewidziane, wymagające współpracy spontanicznej i bezinteresownej, która miała miejsce (no, z jednym, zaskakującym dla wszystkich pozostałych wyjątkiem). Wobec powyższego fakt, że rozstawaliśmy się w przyjaźni jest budujący na przyszłość. Więc Ondraszki: pojedziemy kiedyś wzdłuż Odry? Park Mużakowski jest podobno piękny.

Poza tym podpisujemy się pod sprawozdaniem Rechtóra bez zastrzeżeń.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - "Czorno" i "Unisono"]

 

"Czorno" i "Unisono"