BIESZCZADY wg. Czornej – (jakby było mało)

Postanowiliśmy też sprawdzić się w wypadzie górskim. I to poważnym – bieszczadzkim. W dniach 4–7 września pojechaliśmy z Ondraszkami do Wetliny, by stamtąd eksplorować okoliczne szczyty.

W czwartek raniusieńko wstaliśmy, a już o 6.45 zgarnął nas z Katowickiej Jędruś; trasa przed nami była długa i pełna atrakcji, jak sie okazało. Już ok. 12.00 dotarliśmy do Biecza, kiedyś ważnej miejscowości polskiej, teraz malutkiego, ale pełnego zabytków miasteczka. Oprowadzał nas po nim świetny (choć nie wyglądał – świętował ciągle urodziny trzeciego dziecka) przewodnik. Miał dużą wiedzę, zajmująco opowiadał o historii, architekturze i ciekawostkach kolegiaty p.w. Bożego Ciała, mającej swe początki z inicjatywy Bolesława Wstydliwego, tego samego króla Polski, efekty starań m.in. którego oglądaliśmy na Ponidziu! Był też spacer wzdłuż murów obronnych, zwiedzanie domu kata, czas wolny na kawiarnię i zakupy. Ja zaliczyłam jeszcze wizytę w Bibliotece Miejskiej, mieszczącej się w przedwojennej Synagodze, gdzie zachowały się fragmenty ma mieści się Urząd Miejski, a w piwnicach była wystawa, jeśli tak można napisać – wspomnienie i historia bieckich Żydów, dużo zdjęć, opisów losów niektórych rodzin, zachowane artefakty – w jej powstaniu pomogły środki oraz działania potomków kilku ocalałych, którzy jednak w Bieczu nie osiedli ponownie, są głównie w USA. Smutno czytało mi się, że gdy niektórzy wrócili po wojennej gehennie, w Ich domach żyli już Polacy, ich sąsiedzi sprzed wojny, którzy wcale nie cieszyli się z tych powrotów, wręcz przeciwnie; często tak bywało i nie tylko tak zresztą. Z tego, co wiem, zajrzeli tam jeszcze szwagierka Wiesia, Apanaczi i jej mąż Tolek. Minęliśmy jeszcze na wzgórzu ostatnio odrestaurowane zabudowania szpitalika w ufundowanym kiedyś przez królową Jadwigę kościele i pofranciszkańskich obiektach, a potem pomknęliśmy do schoniska PTTK w Wetlinie. Przywitał nas wyglądający jeszcze ciekawiej niż przewodnik w Bieczu szef – Piotr z pieskiem na smyczy, przepraszając z góry, gdyby nam się nie podobał standard. Szybko dostaliśmy klucze, pościel sobie wybraliśmy i ruszyliśmy na obiadokolację. Poezja smaków, miła obsługa, a ta pościel, biała, jak w hotelu jakimś. Byłam zauroczona, a gdy wieczorem obeszłam cały ośrodek, zobaczyłam wiele punktów do segregacji odpadów (na co jestem wrażliwa), miejsce na ognisko i biesiadę w strefie chill out nad rzeczką, itp itd, to już w ogóle – nie omieszkałam Piotrowi przekazać mojego zachwytu.

Po równie dobrym śniadaniu w stylu szwedzkiego stołu w piątek koło 9.00 wsiedliśmy do naszego wozu, Jędruś podwiózł nas na Przełęcz Wyżną. Żółtym szlakiem, poczynając od pomnika ku pamięci Jerzego Harasymowicza i jego żony Krystyny, gdzie znawczynie tekstu (Apanaczi i Ośka chyba) odśpiewały fragment Jego poezji sławiącej góry, ruszyliśmy do Chatki Puchatka. Gorąco było niemożebnie, widoki piękne, Marian szedł szybko jak zwykle, ja z wolniejszą grupką. Przy Chatce popas mieliśmy i odpoczynek, a potem dalej grzbietem Połoniny Wetlińskiej, w upale bardzo rzadko przerywanym kilkoma drzewami do Przełęczy Orłowicza, gdzie czekał Andrzej gitarzysta i Halina, każdy minimalny cień wykorzystując na odzipnięcie. Część duża grupy poszła na Smerek, my nie – zaczęliśmy schodzić do Wetliny. Droga dłużyła się, moja ostroga piętowa dawała znać, ale dotarłam w końcu do schroniska. Zrobiłam wg mojego zegarka 23.426 kroków !!! Kąpiel dłuuuga przyniosła ulgę, a obiad – znowu poezja. O 20.00 ognisko zapaliliśmy, Andrzej grał na gitarze, śpiewaliśmy, odwiedziła nas, zaproszona przez Jędrusia wieloletnia właścicielka i szefowa Chatki Puchatka, Cieszynioczka skądinąd, było bardzo fajnie, jednak zmęczenie dało znać o sobie, poszłam do pokoju wkrótce, Marian zresztą również.

Jak się spodziewałam, nocy nie przespałam – za duży wysiłek był. Tym niemniej rano, po oczywiście dobrym śniadaniu znów zapakowaliśmy się do wozu, zabraliśmy przewodnika, którego wynajął Jędruś i ruszyliśmy. Nasza ekipa rozbiła się na dwie grupy – Jędruś „wyrzucił” na parkingu piechurów, a czteroosobową grupę, którą tworzyli Rechtór, Jędruś, Unisono i Piotr nieOndraszek, powiózł do Mucznego, skąd na rowerach pożyczonych tamże, elektrycznych zresztą, pojechali do źródeł Sanu, pod granicę ukraińską. A reszta pod wodzą bardzo rozmownego przewodnika ruszyła z w/w parkingu pod górę, niebieskim szłaskiem na Berdo Bukowe. Szlak wiódł tym razem wśród drzew, w ładnej okolicy, a gdy wyszliśmy na grzbiet, okazało się, że wieje bardzo, ciemne chmury nadchodzą, zupełnie inne oblicze Bieszczad się pokazało, choć równie piękne. Tym niemniej bezdeszczowo zeszliśmy do restauracji w Mucznem, gdzie okazało się, że mój zegarek wskazuje niewiele mniej, niż wczoraj, bo 20.460 kroków! Piliśmy i piliśmy, żeby się nie odwodnić, aż wreszcie pokazał się Marian na czele stawki, a na Jego liczniku 44 km. Zanim cykliści odpoczęli, rozmawiąłam z panem, który pilnował rowerów, bo nie napisałam, że część drogi do źródeł Sanu musieli przejść pieszo – bieszczadzkie ostępy i strefa nadgraniczna z Ukrainą (!) mają swoje wymagania, a pan był stamtąd od pokoleń, opowiadał o Bieszczadach sprzed akcji Wisła, znowu poszerzyłam swoją wiedzę i znowu szkoda, że ileś wiosek zniknęło i ludzie musieli szukać nowych miejsc do życia, inne Bieszczady były przed wojną, takie, jak zostały po ukraińskliej stronie ponoć. Później już szybko do autokaru i na bazę. Obiadokolacja, a po niej granie i śpiewanie, ale już nie w strefie „chill out” przy rzece, tylko w świetlicy obok naszych pokoi. Fajnie, wg mnie dużo fajniej.

W niedzielę wstawaliśmy szybciutko, tym razem byłam wyspana, pakowanie, śniadanie, pożegnanie i jazda nad Solinę, a tu wycieczka statkiem, z fajnie opowiedzianą historią powstania zalewu, muzyką, przy której nawet kilka tańczących par się znalazło, spacer po tamie i… do domu. Z przerwą na obiad w klimatycznej restauracji nie pamiętam gdzie.

Wcięłam się w paradę organizatorce głównej, Apanaczi pisząc to sprawozdanie, którą przepraszam, ale nie widzę na stronie, by coś napisała, to zaszalałam, przy okazji dziękuję – wypad był fajny wg mnie/nas. I znowu daliśmy radę, idzie ku dobremu.

Zamknę przy okazji historię naszego sezon u informując, że zaliczyłam jeszcze rajd z młodziżą cieszyńską I Goleszowską w ramach cieszyńskiego dnia bez samochodu, o organizację którego zwróciła się do nas Burmistrzyni Cieszyna a współfinansowała go Wójt Goleszowa. Tegorocznych więc naszych kilometrów na rowerze: 871 moich i 851 Unisono uważam za niezły wynik.

Kilka zdjęć potwierdzających moje spisane wrażenia z Bieszczad załączam celem obejrzenia.

„Czorno”

Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Google Photo
Przewijanie do góry