Rowerowym szlakiem Green Velo - cz. II Północne Mazury

Rechtór

23-29.07.2017 r.

 

Rowerowym szlakiem Green Velo - cz. II Północne Mazury

 

W ubiegłym roku przejechaliśmy po Green Velo od jego początku - czyli Elbląga po Bartoszyce, a więc na skraj Warmii, i na ten rok pozostały nam Mazury. Mieliśmy na to 4 dni, co w zupełności wystarczyło.

Ostatecznie, że względów komunikacyjnych w tym samym składzie (Rechór, Afi i J.Pawlik) samochodem dojechaliśmy do Kętrzyna. Tutaj porzuciliśmy auto i przepakowaliśmy bagaż na rowery ruszając na spotkanie przygody. W Barcianach napotkaliśmy znajome pomarańczowe kierunkowskazy z charakterystycznym logo Green Velo. Miasteczko z krzyżackim zamkiem i średniowiecznym kościołem na pewno było warto zobaczyć, a dobry obiad w jedynej chyba restauracji też nas błogo nastroił. Zaraz za Barcianami znaki skierowały nas na boczną żwirową drogę i… tak miało w większości pozostać do końca wyprawy. Niedaleko, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu spotkaliśmy osadę o znajomej nazwie Pastwiska - jakże niepodobnej od naszej cieszyńskiej dzielnicy.

Cechą mazurskiego odcinka szlaku było to, że trzymał się z boku głównych dróg i związanych z nimi miejscowości. Przez większość trasy jechaliśmy zatem w sielsko-wiejskim krajobrazie, a towarzyszyły nam bociany i krowy. Nasza żwirowa dróżka była porządnie oznakowana i nawet wyposażona w bariery w miejscach o bardziej stromych skarpach. Wg mnie była to lekka przesada, że np. na skrzyżowaniach z innymi polnymi dróżkami, gdzie jedynym napotkanym pojazdem mechanicznym mógł być traktor znaki drogowe wieściły koniec drogi rowerowej i kawałek dalej znów jej początek. Co kilkanaście km rozmieszczono MOR-y (Miejsca Obsługi Rowerzystów) w postaci zadaszonej wiaty, stojaków na rowery oraz budki z toytoyem wewnątrz. Trzeba podkreślić, że choć urządzono je czasami na zupełnym pustkowiu wszystkie były zadbane, trawa wokół wykoszona, a w WC był nawet papier toaletowy. Widać, że szlak ma swojego lokalnego opiekuna. Na dojazdach do większych miejscowości (np. Węgorzewo, Banie Mazurskie, Gołdap) nasza żwirowa dróżka zamieniała się w porządnie oznakowany asfaltowy pas towarzyszący lokalnej drodze powiatowej. Wszędzie była jednak separowana od drogi publicznej tak, że auta trzymały się od rowerów w bezpiecznej odległości.

Węgorzewo przywitało nas przydrożnym banerem wieszczącym, że jest to rowerowa stolica Polski. Skoro jesteśmy w stolicy, to zostaliśmy tutaj nieco dłużej. Na nocleg zakotwiczyliśmy w agroturystyce w Węgorzewie. Nazajutrz zboczyliśmy ze szlaku aby objechać dookoła jezioro Mamry, czyli zaliczyć "Małą pętlę Mamr". Celem było zobaczyć pałac w Sztynorcie Wielkim oraz kompleks niemieckich, dobrze zachowanych bunkrów w Mamerkach. Plan ten nie do końca wypalił, gdyż pałac był w remoncie, a bunkry zamiast zwiedzać to utknęliśmy w jednym z nich na dobre próbując przeczekać ulewę, która nas akurat dopadła. I tak po przebyciu ok. 40 km z czego prawie połowę w deszczu, przemoczeni znów znaleźliśmy się w puncie wyjścia, czyli w Węgorzewie. Na szczęście wreszcie przestało padać, więc pojechaliśmy dalej i znaleźliśmy nocleg w osadzie Grądy Węgorzewskie w agroturystyce "Zielona dolina". Piękne to miejsce i mili gospodarze, więc godne polecenia na dłuższy popas.

Na rowerze taszczyłem też namiot, który tym razem się przydał. Dwa noclegi pod namiotem na campingu MOSiR nad jeziorem Gołdap miło wspominamy, no może za wyjątkiem komarów, które nas mocno atakowały. W ostatnim rowerowym dniu pojechaliśmy już bez bagażu do punktu końcowego naszej wyprawy. Był to trójstyk granic Rosji Litwy i Polski o nazwie "Wisztyniec" położny ok. 40 km na wschód od Gołdapi. I tak obchodząc dookoła granitowy obelisk z wyrytymi godłami odwiedziliśmy od razu je wszystkie. Jak się później okazało w Rosji byliśmy nie całkiem legalnie, bo na tablicy obok jak wół pisało, że obowiązuje zakaz wchodzenia na ich kawałek terenu.

Opodal był też pomnik naszego Green Velo - w sam raz na pamiątkowe zdjęcie z ukończenia jego północnej części. Po drodze w Stańczykach podziwialiśmy niezwykłe, najwyższe w Polsce wiadukty kolejowe tzw. "akwedukty północy". Wiadukty wybudowano w celu przerzucenia linii kolejowej nad głębokim jarem rzeki Błędzianki. Powstały dwa identyczne: w latach tuż przed I wojną światową oraz zaraz po niej. Pociągi jednak wykorzystywały tylko jeden z nich, a i to do czasu gdy Rosjanie w 1944r. w ramach "wyzwalania" zdemontowali tory kolejowe i wywieźli je na wschód. Pozostało tylko torowisko, obecnie częściowo wykorzystane na ścieżkę rowerową oraz infrastruktura kolejowa. W mijanej miejscowości Żytkiejmy na elewacji dawnego dworca była nawet wyraźnie widoczna jej dawna niemiecka nazwa.

W Stańczykach miało też miejsce niezwykle miłe przypadkowe spotkanie z rowerową grupą... organizatorów zlotu p.t.kol. w Świdnicy. Jechali w przeciwnym kierunku Hajnówki z zamiarem dotarcia do Gdańska. Jako, że mieliśmy na sobie akurat zlotowe koszulki więc łatwo się rozpoznaliśmy.

Podsumowując trzeba przyznać, że te 200 km mazurskiego odcinka trasy nie oferuje tylu zabytków kultury materialnej co warmiński odpowiednik, w zamian stawiąc na obcowanie z przyrodą. Mile zapamiętamy sielskie krajobrazy z jeziorami w tle, urocze miejscowości, Puszczę Romincką oraz całkiem konkretne podjazdy (ostatni fragment to region o nazwie Mazury Garbate). Na pewno warto się zatrzymać na dłużej w Węgorzewie, gdzie wytyczono wiele lokalnych ścieżek rowerowych oraz w Gołdapi - jedynym na Mazurach uzdrowisku z niedawno otwartym parkiem zdrojowym, leczniczymi wodami oraz tężnią całkiem jak w Ciechocinku.

Po drodze spotykaliśmy czasem i innych rowerzystów - sakwiarzy, którzy jak my odkrywali uroki szlaku i myślę, że doszli podobnego wniosku: WARTO JECHAĆ NA GREENVELO.

Ps. powinni też się na Green Velo wybrać budowniczowie lokalnych ścieżek rowerowych, aby mieć pojęcie jak powinny one wyglądać.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Zbigniew PAWLIK]