Z TRAS ROWEROWYCH WCZASÓW CZORNEJ I UNISONO W GDAŃSKU W DNIACH 12-19.06.2020 R.

Czorno

12–19.06.2020 r.

 

RELACJA
Z TRAS ROWEROWYCH WCZASÓW CZORNEJ I UNISONO W GDAŃSKU
W DNIACH 12–19.06.2020 R.

 

W piątek, 12 czerwca, pożegnaliśmy naszych gospdarzy w Chmielnie i pojechaliśmy do Gdańska, na drugą część naszych wojaży pomorskich, wykorzystując fakt przebywania w dość odległej od Cieszyna części Polski. Ponieważ kwatera miała być wolna dopiero ok. 15, zaparkowaliśmy w pobliżu starówki gdańskiej, by jej trochę liznąć na początek, przypomnieć sobie miejsca, w których byliśmy parę lat temu. Przemieszczaliśmy się dość ostrożnie, jest tu bowiem znacznie więcej ludzi, niż w Chmielnie, a pandemia trwa. Na początek weszliśmy do Centrum Informacji Turystycznej naprzeciw starego, zabytkowego Ratusza, gdzie... powitał nas jeden z organizatorów zlotu w Chmielnie. Miał długie kręcone bokobrody, wyglądał dość ekscentrycznie i elegancko jednocześnie, przekazał nam mapy rowerowe Gdańska i okolic, ubolewając, że nie mogli zorganizować zlotu z rozmachem na jubieuszowy należnym, ani w ogóle żadnego i przepraszając, że tak to wyszło, a przecież nie z Ich winy – wszystkiemu przeszkodziła epidemia. Gdy po pół godzinie wróciłam, by się z Nim sfotografować, już Go jednak nie zastałam... Omietliśmy na dzień dobry sedno Starówki: ul. Długą i Długi Targ; chyba jeszcze wypiękniały, deptak wzdłuż Motławy ukwiecony i przyjazny dla odwiedzających zapraszał do kawiarni i stoisk z bursztową biżuterią, Wyspa Spichrzowa, zabudowana w dużej mierze apartamentowcami, jest też miejscem budowy, ale w jej obrębie można zobaczyć jeszcze resztki starej ceglanej budowli... Może ją wtopią w to coś, co powstanie? Odpoczywając przysiedliśmy w kawiarence w pobliżu Złotej Bramy na kawie, a później już ruszyliśmy samochodem do dzielnicy Jelitkowo, na naszą nową kwaterę w Villi Krystyna. Był to apartament z łazienką, wnęką kuchenną i wyjściem do miniogródka z rzeźbą zamyślonej kobiety, którą narysowałam w wolnych popołudniowych chwilach przed wieczornymi spacerami po plaży.

W sobotę, 13 czerwca, kiedy to przypadła 97. rocznica urodzin mojego śp. Taty, tuż po śniadaniu wyruszyliśmy na objazd Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, do którego wcześniej dojechaliśmy rowerową ścieżką nr 10 przez Sopot. Park jest bardzo naturalistycznie utrzymywany, ścieżki rowerowe i szlaki piesze są naturalnej, jednak utwardzonej nawierzchni, oznakowanie ich jednak nam, nowicjuszom nie ułatwiło dotarcia do niektórych miejsc, które wybraliśmy do "zaliczenia”, za to trafiliśmy przypadkowo do innych, równie chyba ciekawych. Bardzo mi się podobał rezerwat Kacze Łęgi – nie spodziewałam się w tej okolicy bagiennych rozlewisk, roślinności tak soczyście zielonej i bujnej, ale i zwalonych, butwiejących pni – tu nabrałam nadziei, że susza nie dopadnie całego bez wyjątku kraju... A zaraz trzeba się było wspinać pod górę, bo teren TPK jest mocno pofałdowany. Wracając nie oddalaliśmy się prawie od wybrzeża, co w pewnym momencie oznaczało, że prowadziliśmy, a dobrą chwilę nawet nieśliśmy rowery po piaszczystej, a potem kamienistej plaży redłowskiej. Bardzo fajnie, a trochę męcząco spędziliśmy ten dzień, przejechaliśmy 62 km, nie spotykając wielu ludzi, a jeszcze prawie na początku przemieszczając się po placu przed sopockim molo Marian wypatrzył jednego z lepszych libero polskiej siatkówki (parę lat temu) – Krzysztofa Ignaczaka, z którym i za którego zgodą Go wyfociłam. W drużynie ok. 2-metrowych siatkarzy wyglądał zawsze na niskiego, tymczasem nad Marianem górował o głowę...

Nie opisując w szczegółach każdego dnia można skwitować, że nasz czas nad Zalewem Gdańskim w większości zabrał... Gdańsk – byliśmy jeszcze 2 razy, najpierw na Starówce, gdzie zwiedziliśmy Stary Ratusz, Dwór Artusa, Muzeum II Wojny Światowej (trochę niedosyt miałam, choć architektura, a zwłaszcza ta mała naokoło, z dużą ilością krzewów i kwiatów oraz łąką kwietną na zboczach koryta przyległej rzeki (Motławy?) bardzo ciekawa), Europejskie Centrum Solidarności tylko z zewnątrz – w tym dniu nie było czynne oraz historyczną bramę Stoczni, przez którą nikt jednak nie chce skakać, a czas po temu najwyższy. Innego dnia pojechaliśmy na Westerplatte, a trzeba tam dotrzeć okrążając całe ujście Martwej Wisły i rozległe nabrzeża portowe. Obejrzeliśmy pomnik górujący nad okolicą, muzeum w wartowni nr 1 i plenerowe wystawy, cmentarzyk żołnierzy z pierwszych dni września 1939r., na którym w dniu 1 września 1971 r. złożono prochy zmarłego w 1946 r. w Neapolu Mjr. Henryka Sucharskiego, dowodzącego obroną Westerplatte po wybuchu wojny w 1939r. Wracając wstąpiliśmy do Twierdzy Wisłoujście – oprócz fortu i wieży udostępnionych do zwiedzania, widać po drodze jeszcze inne elementy twierdzy, jednak nie zbaczaliśmy z trasy, bo tu też mokro i dziko naokoło. Innego dnia pojechaliśmy zwiedzić Gdynię, w tym Oksywie i tutaj dopiero zaskoczenie: Gdynia jest rozległym, położonym na wielu wzgórzach miastem, czego będąc tu w czasie zlotu Wieżycy nie zauważyłam jakoś. Dojechawszy do mola w Gdyni (którego ciekawostką było darmowe wejście na nie, podczas gdy na sopockie można wejść dopiero po kupieniu biletu za 9 zł/osoby..) naszły nas wątpliwości, czy wyłączyłam kuchenkę po ugotowaniu chłodnika z botwinki... Zostałam więc sobie w okolicach mola, a Marian popędził z powrotem, jak się okazało, niepotrzebnie. Choć straciliśmy ok. 1 godziny, to i tak wspięliśmy się na jedno z osiedli gdyńskich wzgórzach, by... zjechać leśną ścieżką rowerową na deptak wzdłuż plaży i ścieżkę rowerową. Dalej, zdobywszy "przedmurza" dzielnic Grabówek, Chylonka, potem obrzeża Portu Gdyńskiego dotarliśmy przez Obłuże do Kępy Oksywskiej - cały czas ścieżkami rowerowymi! Hitem była jednak środa, kiedy to wcześnie rano wyruszyliśmy na rowerach do Gdyni-Portu, kupiliśmy bilety na katamaran Agat i popłynęliśmy do Helu na Hel, gdzie w krótkim pobycie sprawdzającym (byliśmy tutaj na ostatnich wczasach z naszymi synami – po Tomkowej Maturze w 1996 r.) cypel Helu, w tym jego plaże, ustaliliśmy, że zmienił się on bardzo. Na części terenów wówczas niedostępnych, bo wojskowych, są wytyczone 2 turystyczne ścieżki militarne i plaża w dużej mierze dostępne dla wczasowiczów, nawet jest wybudowana drewniana ścieżka nad wydmami i punkt widokowy. Nie zwlekając zbytnio wyruszyliśmy w drogę powrotną. Wiodła nas przepięknie usytuowana ścieżka rowerowa R10 – przez cały półwysep Helski, a później wzdłuż brzegu zatoki Gdańskiej, bliżej lub dalej od plaży, pośród dosłownie łanów kwitnących dzikich róż. Zatrzymaliśmy się: w Rzucewie, by zrobić parę zdjęć, w Pucku na zupę rybną i kawę w restauracyjce na wyłączonym z połowów kutrze oraz szybki rzut okiem na Rynek, do kościoła farnego z XIV-XV w. oraz pod pomnik gen. J. Hallera upamiętniający zaślubiny Polski z Morzem z 10.02,1920r., trochę zwolniliśmy tempo przejeżdżając przez olbrzymi obszarowo oraz różnorodny roślinnie i "ptakowo" rezerwat przyrody "Beki”, gdzie wg spotkanych tam dwóch przyrodniczek zobaczyliśmy... warzęchę, bardzo rzadkiego ptaka i rozłączyliśmy się w Gdyni. Marian ruszył ostro do "naszego" baru mlecznego na obiad i po obiad dla mnie, a ja spokojnie dojechałam na kwaterę, by po chwili zajadać żeberka z kapustą (pyszne) i na deser racuchy z jabłkami (pyszne). W nogach mieliśmy 108 km (Marian) i 116 km (ja – trochę pokluczyłam w śródmieściu Gdyni...), więc to nasz (mój na pewno) rekord życiowy, tym cenniejszy, że w takich pięknych okolicznościach przyrody. Mało nam zostawało czasu, ale oczywiście plażowaliśmy też i spacerowaliśmy wzdłuż brzegu, Marian rejestrował wschody słońca, a ja jego zachody. Spędziliśmy piękny czas, także pogodowo, ale przede wszystkim oglądając piękno, naturę i różnorodność przyrody oraz piękno zrewitalizowanych zabytków i nowoczesność budowli powstających od nowa. I oczywiście podziwialiśmy ilość oraz rozwiązania ścieżek rowerowych i ich powiązanie z pozostałymi rodzajami komunikacji, o których w cieszyńskim możemy pomarzyć jeszcze długo...

Kończę swą opowieść trochę rozmarzona, ale nie tracąc czujności: w okresie Gdańska przejechaliśmy 324 km, a w okresie Chmielna 251 km, co razem daje palindromiczną liczbę 575km. Zapraszam do obejrzenia zdjęć potwierdzających, jak sądzę, moje opowieści.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Ala - Czorno

 

PS

Nawiązując do Rechtórowej relacji z Chmielna uprzejmie donoszę, że w trakcie 48. zlotu w Wieżycy-Władysławowie, w dniu 18 maja 2008 r. trasa wiodła przez Jar Raduni. Oczywiście, jeżeli ktoś jechał z przewodnikiem organizatora. My - debiutujące "osoby towarzyszące przodownikom" tak robiliśmy wówczas, a i przeważnie zawsze później. Pamiętam i potwierdzam, że ścieżka wzdłuż Raduni była hardkorowa, leżały połamane gałęzie, przechodziliśmy przez dziurawy i chybotliwy mostek, jednak był to w tym fragmencie rajd pieszy - rowerów strzegli nam organizatorzy. Tytułem wspomnienia kilka zdjęć też załączam.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Czorno na bis