XV Rowerowa pielgrzymka na Jasna Górę

Rechtór

9-11.07.2020 r.

 

XV Rowerowa pielgrzymka na Jasna Górę

 

Rok 2020 jest pełen niespodzianek. Ostatnio uczestniczyliśmy w zlocie na Kaszubach, który odwołano, a opisywanego wydarzenia z kolei nie było w naszym kalendarium na ten sezon. Nawet propozycja wpłynęła do nas nietypowo. Otóż w trakcie niedawnej wycieczki "Na rowerze i pod żaglami" nieoczekiwanie odebrałem sms-a od ks. Jerzego Grochowskiego - moderatora rowerowych pielgrzymek na Jasną Górę. Ksiądz napisał wprost - przyjedźcie, więc po krótkich konsultacjach z uczestnikami odpisałem: przyjedziemy!.

Nagłośnienie zaproszenia nie przyniosło rewelacyjnych wyników, więc na tegorocznym szlaku pojawiła się dokładnie połowa ostatniej ekipy ondraszkowych pątników, a byli to: Afi, Juniorek, Olo, Gwarek, Rechtór i Krzysztof z Chorzowa.

Olo zaproponował, aby tym razem objechać Górny Śląsk od strony wschodniej przez Olkusz (gdzie był zarezerwowany nocleg w PTSM), Ogrodzieniec i Zawiercie. Tym razem nie było też wspólnego startu, lecz wyruszaliśmy na trasę z różnych miejsc: najdalej miał Olo i Gwarek wyjeżdżający z Cieszyna, Juniorek dołączył do nich w Pszczynie, Afi i Rechtór wystartowali z Katowic, a Krzysztof pojechał w ogóle o dzień później pokonując trasę w jeden dzień!!.

Auto zostawiliśmy w Katowicach skąd już na rowerach objuczonych sakwami ruszyliśmy w kierunku "Nikisza”. Mimo, że jechaliśmy w dużym mieście droga była przyjemna, bowiem częściowo jechaliśmy rowerowymi ścieżkami oraz ulicami o małym natężeniu ruchu. Historyczna dzielnica Nikiszowiec to esencja Górnego Śląska. Nietynkowane ściany dwupiętrowych familoków z czerwonymi obramowaniami okien były idealnym tłem dla wielu filmów o górniczym Śląsku i jego historii. Budowana w latach bezpośrednio przed I w. świat. przez duet berlińskich architektów G i A Zillmanów na zlecenie dyrekcji kopalni Giesche była samodzielnym osiedlem robotniczym zapewniającym dobre warunki życia jego mieszkańcom, wiążąc ich jednocześnie z zakładem pracy. Co ważne od czasu budowy niewiele się tu zmieniło, i każdy budynek to zabytek, włącznie z kościołem św. Anny, którego budowę kilkakrotnie przerywały kataklizmy dziejowe. Wstąpiliśmy też do dawnego szybu kopalnianego "Wilson”, gdzie jest teraz ekspozycja dziwacznej sztuki nowoczesnej i ruszyliśmy w kierunku Mysłowic i Sosnowca. Przebić się przez centrum w godzinach szczytu komunikacyjnego nie było łatwo, więc naprawdę odetchnęliśmy z ulgą, wjeżdżając w końcu w kompleks leśny w okolicach sławkowskiego terminala przeładunkowego. Terminal przypomina olbrzymi lądowy port, gdzie rolę statków odgrywa transport kolejowy. Dla ułatwienia dociągnięto tutaj nawet "szerokie tory" o rozstawie obowiązującym na wschodzie Europy. Ruch spory, tym bardziej obecność TIR-ów na wąskich leśnych drogach nas nie dziwiła. Jakoś dojechaliśmy do Sławkowa, ładnego miasteczka z ciekawymi obiektami, które odwiedziliśmy: gospoda - Austeria, kościół, ruiny zamku biskupiego i w końcu przyjemny bar z obiadową ofertą. Następnym naszym celem była Krzykawka, leżąca już na obrzeżach Pustyni Błędowskiej. Tutaj zobaczyliśmy ładny dwór z poł. XVIII w. w otoczeniu starodrzewia (obecnie siedziba GOK) oraz pomnik w miejscu bitwy powstania styczniowego 1863r., w której zginął włoski bojownik "za sprawę Naszą i Waszą" płk. Fr.Nullo. Do Olkusza mieliśmy zamiar dojechać szlakiem pieszym w sporym komplecie leśnym na skraju pustyni. Po przejechaniu krótkiego odcinka okazało się jednak, że na pustyni jest dużo błota i jeszcze więcej komarów. Zmasowany atak sprawił, że musieliśmy się wycofać i na metę dojechaliśmy przez Bolesław i Bukowno mocno nadkładając drogi, ale za to po asfalcie. Ostatecznie po pokonaniu 75km spotkaliśmy się wszyscy w miejscowym schronisku PTSM.

Schronisko "Jura" oferowało bardzo przyzwoite warunki noclegowo - żywieniowe, tak więc raniutko wypoczęci pojechaliśmy do centrum. Olkusz to niewielkie miasteczko z górniczymi tradycjami, gdzie od wieków wydobywano rudy cynku i ołowiu. Przypominały o tym pocieszne rzeźby gwarków rozmieszczone w różnych punktach starówki. Przy farze spotkaliśmy się z Krzysztofem, od niedawna członkiem naszego Ondraszka. W ostatniej chwili zdecydował się pojechać, i przyjechał tutaj rowerem bezpośrednio z Chorzowa.

W pełnym składzie ruszyliśmy na trasę. Słońce od rana prażyło niemiłosiernie, a droga na Klucze i Ogrodzieniec nie dość, że po kopcach to jeszcze pełna aut, w tym ciężarowych. W końcu dojechaliśmy do Podzamcza, gdzie w cieniu malowniczych ruin zamku Bonerów nastąpił dłuższy postój. Bez żalu opuściliśmy dotychczasową zatłoczoną drogę, i już bocznymi świetnymi dróżkami przez Gzów dojechaliśmy do Kromołowa. Charakterystyczna kapliczka, w miejscu gdzie wypływa rzeka Warta, przypomniała nam, że miejsca te zwiedzaliśmy już kilka lat temu w trakcie zlotu p.t.kol.z bazą w Myszkowie. Stąd było niedaleko do Kroczyc gdzie zwiedziliśmy cmentarz z I wojny świat., a celem tego etapu były Żarki, gdzie mieliśmy zaplanowaną przerwę na jedzonko. Olo był trochę niepocieszony, że minęliśmy bokiem Zawiercie i po tych kilka pieczątek będzie musiał tutaj znów przyjechać. Po zdobyciu kilku kolejnych wzniesień stanęliśmy na szczycie najwyższego, skąd tuż obok ruin kościoła św. Stanisława można było podziwiać spektakularny widok na pradolinę Warty. Miejsce nazywało się Jurajska Kuesta jest to geologiczna ciekawostka, a zainteresowani nią niech pogrzebią w internecie. Teraz rewelacyjnym zjazdem docieramy w końcu do Żarek, gdzie nieco klucząc trafiliśmy za nosem do "Gościńca Jurajskiego”. Żurek w Żarkach: - to jest to, czego nam brakowało!.

Do Częstochowy jeszcze daleko, więc choć upał nie odpuszczał trzeba jechać. W Przybynowie, w trakcie zwiedzania kościoła, nie wiedzieć kiedy zgubił się nam Gwarek, i do mety dojechał już własnymi ścieżkami. Reszta ondraszkowych pątników zaliczając piaszczysty fragment leśnego szlaku przez Biskupice dojechała w końcu do Olsztyna. No stąd już było widać nasz cel na horyzoncie więc na rynku, u stóp zamku nastąpiła zasłużona przerwa kawowa. Bardzo się nam spodobało, jak wjechaliśmy na rewelacyjną rowerową autostradę wiodącą w kierunku Częstochowy. Niestety jak niespodziewanie się zaczęła, tak też się i skończyła na torach kolejowych w pobliżu miasta. Do mety dojechaliśmy w końcu korzystając plątaniny ulic oraz chodników, prowadzeni przez GPS-a od Ola.

Nieco zmęczeni przejechaną trasą (to aż 93 km), meldujemy się w "Halach Noclegowych Ojców Paulinów”, gdzie mieliśmy noclegową rezerwację. Na szczęście nie były to hale, lecz całkiem przyjemnie kilkuosobowe pokoje. Przyjechaliśmy grubo po godz. 20.00, lecz zdążyliśmy jeszcze wziąć udział w Apelu Jasnogórskim w kaplicy NMP.

Już w trakcie Apelu odgłosy odległej burzy nie wróżyły nic dobrego, lecz nikt się nie spodziewał się aż takiej zmiany!. Po nocnej ulewie z piorunami temperatura z ponad 30 st.C zjechała do ledwie kilkunastu. Zrobiło się chłodno, a i chmury wiszące nad głowami nie wróżyły niczego dobrego. Zgodnie z programem o godz. 9.00 stawiliśmy się w miejscu startu do ostatniego etapu "póńci" przy kościele św. Zygmunta. Powitaliśmy przyjaciół z śląskich klubów kolarskich PTTK, ale było widać, że większość w naszym peletonie stanowiły różne parafialne grupy rowerowe z całej Polski. Ks. Jerzy Grochowski w imieniu organizatorów powitał rowerowych pątników ciesząc się, że przyjechaliśmy pomimo wirusowych perturbacji. Następnie w zwartym peletonie, w asyście policji przejechaliśmy całymi Alejami NMP, aż na klasztorne Błonia. Tutaj, widoczny na olbrzymim telebimie powitał wszystkich sam przeor klasztoru. Wkrótce powitał nas też deszcz, i nie już nie odpuścił. Testując więc nasze peleryny uczestniczyliśmy w finalnej mszy św. celebrowanej przez ks. Jerzego, przy akompaniamencie rowerowego chórku z gitarą.

Na zakończenie uroczystości zanieśliśmy wszystkie nasze intencje przed obraz Matki Boskiej. Choć był tam tłum ludzi, każdy miał tą podniosłą chwilę tylko dla siebie...

Tak więc kolejna "póńć" przeszła do historii, a nam pozostało wrócić do Cieszyna, tym razem korzystając z usług PKP.

Komentując naszą bardzo spontaniczną wyprawę uczestnicy stwierdzili, że łatwo nie było. W dwa dni przejechaliśmy kawał drogi (a Krzysztof z Chorzowa w jeden!), i do tego po sporych wzniesieniach. Upał i mnogość aut na drogach też nam zadania nie ułatwił, a ostatni dzień był z kolei zimny i mokry. Ale niewątpliwie wróciliśmy zadowoleni – że daliśmy radę, że trudy naszej pątniczej podróży mogliśmy ofiarować w wybranych intencjach.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór - Zbyś