Aktualności
Wielka Warmia na rowerze - byt podstawowy
- Szczegóły
- Autor: Rechtór
19-26.07.2025 r.
Wielka Warmia na rowerze - byt podstawowy
Po przeczytaniu relacji Ośki i Bystrego z "bytu równoległeg" uznałem, że należy uzupełnić relację o wydarzenia w "bycie podstawowym" czyli z pobytu Ondraszków w miejscowości Ostaszewo. Pomysłodawcą całości był Aleksander Sorkowicz "Olo". W wydarzeniu udział wzięła całkiem spora ekipa Ondraszków, a byli to: Olo i Juniorek Sorkowiczowie, Miodzio i Roztomiło Hanslowie, Rajzyrka i Genek Nikodowie, Czorno i Unisono Wlachowie, Rozstrzapek i Śmig Holiszowie, Danuśka i Czecze Kusiowie, Afi i Rechór Pawlikowie oraz "nowo upieczeni" Halina i Tadek Pieczonkowie. Łącznie zajęliśmy trzy drewniane domki campingowe ładnie położone w leśnych ostępach nad jeziorem Ostaszewskim. Domki te niegdyś służyły zapewnie do zakładowych pobytów rodzinnych i tak też zostały wymyślone. Nas jednak w domku było po kilka rodzin, co rodziło pewne problemy mieszkaniowe ale ich wyposażenie całkiem nam wystarczało. Eksplorację terenu z naszym udziałem zaczęliśmy od poniedziałku 21.07. i to od razu od zdobycia Grunwaldu, gdzie byliśmy umówieni z Ośką i Bystrym. Dla naszej ekipy była to prawie 70 km wyprawa. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze inne ciekawe miejsca jak drewniany kościół w Rumianie oraz miejscowości Dąbrówno i Samin. Należy zaznaczyć, że w średniowieczu cały region należał do Zakonu NMP Domu Niemieckiego czyli Krzyżaków, i nie była to Warmia lecz historycznie Ziemia Chełmińska. Po różnych perypetiach dziejowych po I wojnie tereny te zostały rozdzielone między Rzeszę Niemiecką a II RP w 1919r w wyniku plebiscytu, w którym wyraźnie zwyciężyła opcja niemiecka. Do Polski przyłączono ledwie kilka wiosek, w tym wieś Groszki przez które przejeżdżaliśmy. Tutaj zobaczyliśmy oryginalne kamienie wyznaczające ówczesną granicę państwową oraz tablice opowiadające o tych wydarzeniach. Ostatecznie dojechaliśmy do Grunwaldu, gdzie nastąpiło umówione spotkanie, i już wspólnie zwiedziliśmy bardzo ciekawą ekspozycję w nowym Muzeum Bitwy, zobaczyliśmy ruiny kaplicy wybudowanej po bitwie i zaliczyliśmy jeszcze małe "co nieco" w plenerowej kawiarni. Następnie Ośka i Bystrym wrócili do swojego Olsztynka, a my jeszcze podjechaliśmy do kopca Jagiełły usypanego przez harcerzy w latach 50-tych XX w. w miejscu jego punktu dowodzenia. Jeszcze tego samego dnia wieczorem odbyło się ponowne spotkanie lecz tym razem w naszej bazie, i była to okazja do fajnej biesiady z piosenką. Dzień następny 22.07. pogodowo był fatalny, więc skorzystaliśmy z uroków motoryzacji. Później okazało się, że tak miało już zostać do końca pobytu, czyli co drugi dzień padało. Dzięki temu zobaczyliśmy jednak dużo więcej, niż z perspektywy roweru. Tak więc w tym dniu zwiedziliśmy zamek krzyżacki w Niedzicy oraz Park Etnograficzny - Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku, a 24.07. pojechaliśmy najpierw zobaczyć ekspozycję w Dyrekcji Welskiego Parku Krajobrazowego w Jeleniu, a następnie w Brodnicy odwiedziliśmy zamek krzyżacki z XIVw. gdzie wyszliśmy na 55 m wieżę-stołp z piękną panoramą miasta i okolicy. Z zamku właściwie pozostała tylko ta wieża i rozległe podziemia, obecnie siedziba muzeum. Następnie podjechaliśmy do Grodu Foluszki zbudowanego nad jeziorem przez brodnickie bractwo rycerskie, czyli współczesnych pasjonatów średniowiecza. Tutaj można było dosłownie dotknąć historii, a więc zostać garncarzem czy innym rzemieślnikiem, a także przymierzyć i wypróbować wytwory współczesnych płatnerzy czyli zbroje i miecze. Program zwiedzania w tym pełnym wrażeń dniu zakończyliśmy w Kurzętniku, gdzie zaliczyliśmy ponad 2 km spacer ponad koronami drzew na specjalnej konstrukcji, z wyjściem na 35 m wysoką wieżę widokową. W pozostałe dni jednak przemierzaliśmy okolice na rowerach. I tak 23.07. wybraliśmy się na ponad 60 km wyprawę, aby zobaczyć średniowieczne zamki, a raczej to co z nich pozostało. Byliśmy zatem w ruinach zamku kapituły chełmińskiej z XIII w. w Kurzętniku. Tutaj też dzięki proboszczowi, który przyszedł z kluczami zwiedziliśmy gotycki kościół z XIV w. Przez miasteczko przepływa mocno meandrująca rzeka Drwęca. W 1410 r. było to miejsce, gdzie Jagiełłowe wojska zamierzały się przeprawić, jednak Krzyżacy brody ufortyfikowali, a okolica pełna mokradeł nie sprzyjała wojennym planom króla, który stąd się wycofał i innymi drogami doszedł pod Grunwald z wiadomym skutkiem. Zaintrygowała nas widoczna w oddali ogromna konstrukcja wieży widokowej na pobliskim wzgórzu, która znalazła się na trasie późniejszej wycieczki samochodowej. W niedalekim Nowym Mieście Lubawskim zobaczyliśmy pozostałości fortyfikacji oraz gotycki kościół farny z cennym wyposażeniem, w tym łaskami słynący obraz MB Łąckiej z nieistniejącego już potężnego klasztoru Reformatów w sąsiedniej Łące, który spłonął końcem XIX w. Zaliczyliśmy też sklep rowerowy, gdzie ku mojemu zaskoczeniu zakupiłem lusterko wsteczne za jedyne 3,50 zł!
Niewiele też pozostało z rycerskiego zamku w Bratianie. Zamek wybudował rycerz Jan z Sandomierza i wstąpił do zakonu Krzyżaków jako Brat Jan, stąd nazwa miejscowości. Pozostałości zamkowych murów dzięki uprzejmości właściciela znaleźliśmy na jego posesji, a na terenie dawnego zamku wybudowano też już nieczynny młyn na rzece Drwęcy.
Kolejnym ciekawym miastem na trasie była Lubawa. Los nie obszedł się łaskawie z tutejszym zamkiem biskupów chełmińskich, po którym pozostał jedynie kamienny portal oraz rozległe podziemia zaadaptowane na Miejskie Centrum Aktywności Społecznej. W tym zamku jak wieszczyła ogromna tablica kilkakrotnie przebywał Mikołaj Kopernik sprawujący funkcję administratora dóbr kapitulnych. Pięknie za to prezentował się w barokowym kostiumie sąsiedni kościół pw. św. Jana Chrzciciela z 1603 r.
Celem wycieczki w dniu 25.07. była miejscowość Rybno, gdzie mieliśmy umówiony spływ kajakowy na rzece Wel. Rowery zostawiliśmy u właściciela kajaków (nota bene i domków w których mieszkaliśmy) który wywiózł nas busem z całym pływającym majdanem parę kilometrów w górę rzeki. Kajaki zwodowaliśmy na jeziorze Rumian, i teraz naszym zadaniem było spłynąć z nurtem rzeki do jeziora Zarybinek. Zadanie to nie było bardzo wymagające, bowiem mocno meandrujący Wel przynajmniej w tym miejscu był wolny od poważniejszych przeszkód, a jego nurt był na tyle bystry, że nawet trochę pomagał. Jedynie pogoda próbowała nas przestraszyć niewielkim deszczem, więc na moment peleryny też się przydały. Po dwóch godzinach sprawnie przybiliśmy do przystani przy miejscowej restauracji, akurat w porze obiadowej z czego oczywiście skorzystaliśmy. W drodze powrotnej Olo rzucił hasło, że warto byłoby jeszcze zobaczyć wieżę widokową nad jeziorem Tarczyńskim. Część ekipy się na to zdecydowała i pojechała za nim najpierw po drogach, następnie bezdrożach aby ogarnąć widok z tej wieży. Dojazd był nieco wymagający technicznie, ale daliśmy radę. Następnie Olo z ekipą nawigował już do bazy, a my postanowiliśmy jeszcze trasę wydłużyć przez Kiełpiny, Rynek i Grodziczno czyli łącznie na ok. 40 km.
Tydzień szybko minął, więc w sobotę 26.07. odbyło się wielkie pakowanie i już indywidualnie wracaliśmy do domu. My jeszcze w drodze powrotnej zwiedziliśmy dodatkowo przepiękny skansen - Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu. Było to magiczne miejsce: tutaj jakby czas się zatrzymał i czuliśmy, że wędrujemy w świecie, którego już dawno nie ma.
W podsumowaniu można powiedzieć, że każdy z uczestników miał nieco inne spojrzenie na to co chce zobaczyć, stąd skład osobowy wspomnianych wypraw codziennie się różnił. Trzeba podkreślić, że dowodzący Olo dwoił się i troił, aby zrealizować ambitny program krajoznawczy, więc kogo to interesowało, mógł naprawdę dużo zobaczyć. W pamięci pozostaną również wieczorne spotkania z grilowaniem, wspominaniem dawnych przygód oraz piosenką, tak więc nasz obóz w wersji "bytu podstawowego" wg mnie był bardzo udany.
Rechtór Zbyś
65 zlot p.t.kol. w Skorzęcinie
- Szczegóły
- Autor: Rechtór
14-21.06.2025 r.
65 zlot p.t.kol. w Skorzęcinie
Zlot przeszedł już do historii emocje opadły, więc na spokojnie można się podzielić wspomnieniami z jego przebiegu.
Otóż był pod paroma względami wyjątkowy. Po pierwsze to ilość uczestników: było nas prawie 700! (dokładnie 690, w tym 8 z Ukrainy). Jest to absolutny rekord wśród wszystkich dotychczasowych zlotów. Po drugie nasza reprezentacja też była rekordowa: 19 Ondraszków, choć co ilości osób z reprezentowanych klubów byliśmy może w pierwszej dziesiątce. Z tej grupy tylko my (Afi i Rechtór) wybraliśmy nocleg pod własnym namiotowym daszkiem z milionami gwiazd nad głową. Pozostali, jak większość uczestników wybrali noclegi w domach, domkach czy agroturystyce. Choć byliśmy w miarę w jednym miejscu to i tak niełatwo było się spotkać w całej Ondraszkowej grupie. A na trasach, w odróżnieniu od wielu klubów preferowaliśmy też indywidualne pomysły.
Dla nas ważnym wydarzeniem było ujawnienie gotowości do organizacji zlotu p.t.kol. w przyszłym roku. Stało się to w wtorek 17.06. na wieczornej odprawie, choć plotki o tym już krążyły od samego początku. Przedstawiliśmy się oficjalnie jako Komitet Organizacyjny i finalnie rozdysponowaliśmy ponad 500 pięknych kolorowych ulotek promocyjnych, które na tą okazję zostały przygotowane przy współpracy z UM Ustroń.
Pierwsze miejsce w klasyfikacji najliczniej reprezentowanych klubów bezapelacyjnie zajął klub im. W.Huzy z Gliwice skąd przybyły aż 43 osoby! , dalej był Radlin 29 osób, Toruń 28 osób i Łódź 27 osób. Ogółem było reprezentowanych aż 129 klubów i stowarzyszeń rowerowych, przy czym z PTTK było 629 uczestników. No i jeszcze wspomnę, że na zlocie było 276 kobiet i 411 mężczyzn, w tym 16 uczestników poniżej 18 lat.
Bazą był Ośrodek Wypoczynkowy Skorzęcin ładnie położony nad jeziorem Niedzięgiel ok.10 km na wschód od miasteczka Witkowo. Co do nazwy "wypoczynkowy" miałbym wątpliwości, bowiem jest to jeden z największych takich ośrodków w całej okolicy, czyli dosłownie całe miasteczko turystyczne ze sklepami, gospodami i salonami gry czyli jak Krupówki tylko, że nad jeziorem. W efekcie mnóstwo ludzi, harmider nie do opisania, a cisza nocna od godz.24.00 to tylko nieśmiała sugestia i to raczej nieprzestrzegana.
Organizatorzy bardzo się starali aby zlot był udany. Rozpoczęto uroczystym otwarciem w Witkowie dokąd prowadziła fajna ścieżka rowerowa. Zlot otworzył kol. Lech Drożdżyński niegdyś prezes PTTK, a obecnie prezes O/PTTK w Poznaniu. Była to dla nas szczególnie miłe wydarzenie, bowiem na tak wielkim forum odebraliśmy przyznane nam wyróżnienia: Piotr Holisz "Śmig" otrzymał Śląską Honorową Odznakę PTTK, a bardzo wymowną odznaką "Pół wieku w PTTK-u" czyli 50 lat w PTTK udekorowano Jadwigę Rezmer "Ośkę" i Marię Biłko-Holisz "Roztrzapka" oraz mnie, czyli "Rechtora".
Szef grupy z Ukrainy Taras Pacholiuk przekazał naszemu klubowi oraz klubowi im. H.Gintera z Łodzi oficjalne podziękowanie za środki finansowe, jakie zebrano podczas ubiegłorocznego zlotu w Wólce Nadbużnej. Za zebrane pieniądze zakupiono elektroniczne lokalizatory dronów wykorzystywane w obronie powietrznej na wojnie z Rosją. Otrzymaliśmy zdjęcia tych urządzeń.
Otwarcie zakończyło się występem zespołu regionalnego "Gniezno", przy czym równolegle strażacy z OSP zaczęli wydawać grochówkę z kotła. Takiej kolejki to nie widziałem nawet za papierem toaletowym w czasach PRL-u. No i w efekcie większość obecnych oglądała profesjonalnie przygotowany program artystyczny z perspektywy tej właśnie kolejki...
Trasy rowerowe do samodzielnej eksploracji na każdy dzień opracowano w formie specjalnie wydrukowanej mapy, i każdy dzień na odprawach je jeszcze szczegółowo omawiano. W sumie słusznie tylko, że na odprawach pojawiała się raczej niewielka część zlotowiczów, a z racji bogactwa przeróżnych ścieżek wiodących do zaproponowanych atrakcji część zlotowiczów układała własne trasy, co właśnie było właśnie na nich widać.
Wielkim atutem imprezy był teren wprost wymarzony do rowerowej eksploracji: równinny teren, sporo rowerowych udogodnień i dróg z niewielkim natężeniem ruchu, wiele ładnych jezior i zabytków godnych zobaczenia. Oto niektóre z nich, do których dotarliśmy: Bazylika pw NMP w Trzemesznie, romańskie kościoły w Strzelnie, skansen "Gród Słowian" w Mrówkach i rezerwat archeologiczny w Grzybowie, pełne wysokiej klasy zabytków Gniezno. Właściwie to zabytki sakralne w każdej z mijanych miejscowości warto było zobaczyć. Z innych ciekawostek należałoby wymienić dawne przejście graniczne rosyjsko-pruskie w Anastazewie, infrastrukturę obecnie już nieczynnej kolei wąskotorowej widoczną w całej okolicy, piękne pałace np. w Mieczownicy czy też dwory np. w Kołaczkowie, pomnik dziecięcego strajku we Wrześni. Na pewno warto było objechać jeziora, choć to nieuchronnie wiązało się z jazdą po piaszczystych polnych drogach. Nawet sporo z lokalnych dróg publicznych w obrębie lasów też było nieutwardzonych i zamieniało się w piaskownice.
Szczególnie zapamiętaliśmy uroczystości Bożego Ciała w Witkowie. Otóż do mszy św. biskupowi z dalekiego Kazachstanu(!) służył nasz "Juniorek"(!!) i to bardzo profesjonalnie. A w procesji wzięła udział chyba połowa tego miasteczka, wraz z pokaźną grupą rowerzystów na końcu.
Ciepło wspominamy też sympatyczne nieformalne wieczorne spotkania z piosenką i Ondraszkami w przeróżnych konfiguracjach, czy też z przyjaciółmi z całej Polski z którymi widzieliśmy się przecież rok temu. Miło zapamiętamy wspólną wycieczkę rowerową do Powidza i Słupcy z ukraińską grupą naszego serdecznego przyjaciela Tarasa Pacholiuka oraz wieczorne spotkanie przy ukraińskim barszczu...
Na jego prośbę jako klub jak w ubiegłym roku znów postanowiliśmy wesprzeć obronę Ukrainy zebraną kwotą 700 zł.
Na oficjalnym zakończeniu imprezy w piątek 27.06. zasłużenie przekazano dużo serdecznych podziękowań dla organizatora tj. jak szybko przeliczyłem dla 15 osobowej ekipy z KTR "Sigma" z Poznania za wspaniale przygotowany zlot. Od Ondraszków wraz z podziękowaniami oficjalnie przekazałem organizatorom pakiet upominków z Ziemi Cieszyńskiej, a wszystkich obecnych już zaprosiłem na przyszły rok do Ustronia. Jestem przekonany, że i od nas wszyscy wywiozą tak pozytywne wspomnienia, jak ze Skorzęcina.
Odgórne czynniki też zlotowi sprzyjały: słoneczna pogoda utrzymała się prawie cały czas, nawet w Boże Ciało nie padało i tylko jeden dzień był nieco deszczowy. Jedynie co mogło dokuczać to wiatr, zwłaszcza gdy wiał z przeciwnej strony.
Łącznie przejechaliśmy (Afi i Rechtór) 326km, co nie jest jakimś rewelacyjnym wynikiem - zapytajcie choćby Aleksandra Sorkowicza "Ola".
A w drodze powrotnej (ok.500 km samochodem) w trójkę "Afi", " Rechtór" i "Dociyrny" zahaczyliśmy jeszcze o Sanktuarium Maryjne w Starym Licheniu. Wg mnie to pełne Bizancjum, ale to już temat na inną opowieść.
Rechtór-Zbyś
W KLASZTORZE I NA ROWERZE - U KARMELITÓW BOSYCH W ZAWOI – II cześć – reaktywacja
- Szczegóły
- Autor: Oska
27-29.06.2025 r.
W KLASZTORZE I NA ROWERZE - U KARMELITÓW BOSYCH W ZAWOI – II cześć – reaktywacja
Pomimo pewnych oporów postanowiliśmy zgodzić się i zorganizować ponowny wyjazd do Zawoi.
Tym bardziej, że z poprzedniej grupy oprócz nas, Danki i Czesia pozostali jechali tam pierwszy raz.
Tak więc w piątek spotkaliśmy się na miejscu w 15-osobowej grupie. Po przydzieleniu pokoi i zakwaterowaniu, spotkaliśmy się z O. Mariuszem, który opowiedział nam historię powstania klasztoru, po czym udaliśmy się na krótki spacer po okolicznych kapliczkach – stacjach Drogi Krzyżowej. Później była kawa i coś słodkiego na zewnątrz budynku z możliwością podziwiania Babiej Góry i pasma Policy.
Na sobotę zaplanowaliśmy wycieczkę rowerową do Zawoi a Krysia i Zbyszek, którzy przyjechali bez rowerów mieli w planie wyprawę na Mosorny Groń.
Po zjeździe malowniczymi i wymagającymi serpentynami do Zawoi Centrum udaliśmy się do przysiółka Czatoża. Znajduje się tam dzwonnica loretańska, z której dźwięk zawieszonego dzwonu miał przepędzać nadciągającą burzę. Obok znajdują się trzy piwniczki – charakterystyczne i powszechne niegdyś obiekty na obszarach babiogórskich. Następnie w Zawoi Markowej zwiedziliśmy Skansen PTTK im. J. Żaka. Można tam zobaczyć tradycyjne budownictwo babiogórców. Znajduje się tu również oryginalne schronisko PTTK z Markowych Szczawin. W przysiółku Markowe znajduje się również Ośrodek Edukacyjny i Muzeum BPN, jednakże ze względu na czas zwiedzania nie było chętnych. Również Gminna Informacja Turystyczna – Izba Pamięci św. J.Pawła II – bez podania przyczyn była zamknięta.
Następnie zajechaliśmy na Policzne do kapliczki zbójnickiej z końca XVII w., wg podań ufundowanej przez babiogórskich zbójników.
W Karczmie Zbójnickiej zatrzymaliśmy się, aby zregenerować siły przed drogą powrotną. W Centrum obejrzeliśmy kościół św. Klemensa z końca XIX w. oraz budynek Dworca Babiogórskiego. Była to pierwsza stacja turystyczna w Zawoi powstała w 1905 roku.
Wracaliśmy inną drogą - oczywiście pod górkę - do Domu Pielgrzyma, gdzie po obiedzie i krótkim odpoczynku zaczęliśmy przygotowywać ognisko na wieczorną nasiadówkę. Do naszej gromadki wieczorem dołączył Ojciec Mariusz, który opowiadał ciekawe historyjki, a także sypał kawałami. Nasze spotkanie zakończyliśmy ok. 22.00.
W niedzielę po śniadaniu część z nas: Pawliki, Jasioki, Rezmery, Olo i Basia - postanowiliśmy przejść się na wieżę widokową w ośrodku "Beskidzki Raj". Trasa niby krótka, bo 2,5 km ale na tyle stroma, że można było mieć mokre plecy. Tam oczywiście podziwialiśmy wspaniałe widoki, a następnie jakaś kawa w restauracji na dole. Po powrocie do KDG (Karmelitański Dom Gościnny) wzięliśmy udział w mszy, podczas której śpiewała schola góralska.
Po obiedzie pożegnanie i powrót do domu. Może będzie trzeci raz? Zobaczymy.
Wisia i Jarek
Rajd Rowerowy żywocickimi stelami
- Szczegóły
- Autor: Rechtór
2.08.2025 r.
Rajd Rowerowy żywocickimi stelami
W uroczystościach upamiętniających nieszczęsne wydarzenia z sierpnia 1944 r. bierzemy udział co roku, jednakże zazwyczaj było to połączone z udziałem w centralnych uroczystościach, tak więc siłą rzeczy fragmentarycznie objeżdżaliśmy teren tragedii. Tym razem postanowiliśmy odwiedzić w miarę możliwości wszystkie kamienne stele-pomniczki rozsiane po całych Żywocicach, a dopiero na zakończenie podjechać do centralnego pomnika ofiar. Pomogła nam w tym wyznaczona jakiś czas temu ścieżka dydaktyczna obejmująca wszystkie 24 stele oraz fenomenalna pamięć naszego prowadzącego Władka Kristena, który wiedział gdzie je znaleźć.
Start wyznaczyliśmy na przystanku kolejowym Hawierzów-Sucha, gdzie pociągiem o godz. 9.15 przyjechało 6 uczestników, a na rowerach już dojechało kolejnych 5 więc razem było nas 11, w tym 8 Ondraszków. Po krótkim komentarzu historycznym* wygłoszonym przez Władka i "Rechtora" ruszyliśmy w teren. W odróżnieniu od ostatnich lat było słonecznie i ciepło, więc ani pogoda ani czas nas nie poganiały.
Władek bezbłędnie prowadził do kolejnych steli, i przy każdej nakreślił w paru słowach sylwetki zabitych oraz sytuację jak do tego doszło. Władek też jako jedyny z nas miał okazję poznać te tragiczne fakty w bezpośrednich rozmowach z rodzinami ofiar, a nam zostało posiłkować się jedynie tym co później zostało napisane. Choć i to też się przydało, bowiem korzystaliśmy z wydanej w ubiegłym roku publikacji Muzeum Śląska Cieszyńskiego pt. "Żywocice - Životice 1944", która powstała m.in. przy naszej skromnej pomocy w materiale zdjęciowym. Finalnie udało się nam dojechać do 22 pomniczków czyli dwa ominęliśmy, a kolejnych dwóch niestety nie odnaleźliśmy. Tak więc założenia tej wyprawy w większości udało się jednak zrealizować. Do centralnego pomnika ofiar dojechaliśmy już po oficjalnych obchodach i trafiliśmy na wielkie sprzątanie. Tutaj również zapaliliśmy przywiezione światełko pamięci oraz zwiedziliśmy jeszcze otwarte muzeum.
Zakończenie i podsumowanie wyprawy nastąpiło w... "Ameryce", bowiem tak nazywa się tutejsza gospoda. No i jeszcze pozostało wrócić do Cieszyna, co już zrobiliśmy na własną rękę.
Ja pojechałem przez Suchą Górną, Olbrachcie, Kocobędz i przejechałem łącznie 37 km.
* nie opisuję tutaj wydarzeń tego tragicznego niedzielnego poranka 06.08.1944r. zakładając, że ta historia jest w większości znana. Jeżeli nie, to polecam literaturę jak choćby wymienioną publikację Muzeum Cieszyńskiego.
Rechtór -Zbyś
Ślady węglem pisane
- Szczegóły
- Autor: Rechtór
4.05.2025 r.
Ślady węglem pisane
Nasi klubowicze z Wodzisławia Irena i Marian Gołudzcy, zwycięzcy ubiegłorocznej edycji konkursu na najciekawszą wyprawę sezonu teraz zaserwowali nam równie ciekawą wycieczkę tematycznie związaną z "czarnym złotem tej ziemi", co dobitnie podkreślał jej tytuł. Na starcie w dzielnicy Wodzisławia-Zawadzie, mimo dość niepewnej pogody stanęło 15 Ondraszków i jeden sympatyk.
Prowadzący Marian opowiedział krótko o tym co zobaczymy po czym wszyscy otrzymali starannie przez niego przygotowany mini przewodnik o atrakcjach trasy. Pierwszy przystanek nastąpił w pobliskim Pszowie, gdzie odwiedziliśmy Matkę Boską Uśmiechniętą w miejscowym kościele. Ciekawa jest jej historia. Otóż jest to kopia obrazu MB Częstochowskiej przywieziona przez parafian z częstochowskiej pielgrzymki w 1772r. Madonna zaczęła się uśmiechać za sprawą miejscowego artysty, który podjął się renowacji obrazu i nieco zmienił jej oblicze. Uśmiechnięta Madonna była powodem licznych uzdrowień i nic dziwnego, że stała się celem pielgrzymek. Już w 1795r. kościół ustanowiono sanktuarium, a w 1997r. podniesiono do rangi basilica minor tj. bazyliki mniejszej.
Opodal zobaczyliśmy budynek, w którym w czasie wojny urządzono obóz przejściowy Polenlager 58, a nieco dalej pozostałość po dawnej KWK "Anna", która przestała "fedrować" w 2011r. po 179 latach funkcjonowania. Budynek dawnej łaźni i maszynowni został nobilitowany na ...bibliotekę. Widok regałów z książkami w otoczeniu zachowanej maszyny wyciągowej sprawiał dość abstrakcyjne wrażenie. Wieża wyciągowa służy obecnie za wieżę widokową, co też naocznie sprawdziliśmy. Wyjeżdżając z Pszowa odwiedziliśmy również znaną Kalwarię z kaplicą na szczycie, przy której w 1987r. erygowano nową parafię. Następnym celem na trasie był Rybnik, a właściwie jego dzielnica Niewiadom, gdzie znajduje się ważny zabytek industrialny czyli kopalnia "Ignacy". Kopalnia powstała już w 1792r jako "Hoym", a swoje drugie imię dostała w 1936 po ówczesnym Prezydencie RP Mościckim. Po wojnie była to KWK Rydułtowy i też już dawno nie pracuje. Od 1999r. dostała drugie życie jako muzeum górnicze. Ciekawa ekspozycja w dawnych kopalnianych budynkach pokazuje historię górnictwa oraz pary jako napędu przeróżnych urządzeń. Główna atrakcją są zachowane dwie parowe maszyny wyciągowe z 1900r. oraz 1920r. "Wisienką na torcie" jest ta druga, bowiem dzięki dawnym maszynistom - pasjonatom jest nadal czynna. Byliśmy świadkami uruchomienia tego kolosa i dosłownie jak w wierszu Jana Brzechwy "ruszyła maszyna, najpierw powoli jak żółw ociężale... para buch, koło w ruch".
Z wieży ciśnień obecnie robiącej za wieżę widokową było widać następną atrakcję widoczną nawet z naszych Beskidów tj. hałdę "Szarlota". Ta przeogromna góra odpadów pokopalnianych nadal żyje płonąc żywym ogniem w swoim wnętrzu. Świadczą o tym wydzielające się tu i tam smużki toksycznego dymu zatruwające okolicę.
W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze jedną ciekawostkę industrialną. Był to sporej wielkości betonowy magazyn mat. wybuchowych ukryty wśród pól. Budowla ta, częściowo zagłębiona w ziemię została wybudowana przez firmę z Drezna w 1910r. i jest nazywana "Pruską prochownią". Odkąd przestała służyć zgodnie z przeznaczeniem, niestety niszczeje.
Zakończenie tej bardzo ciekawej wyprawy nastąpiło w przydomowym ogródku prowadzących. Była to okazja do degustacji tak smakowitych potraw, że na samo wspomnienie jeszcze teraz ślinka cieknie...
Przejechaliśmy nieco ponad 30 km i udało się nie wyciągać peleryn.
Rechtór Zbyś
Strona 3 z 4